niedziela, 28 czerwca 2015

Rozdział 18

- Czas upłynął! Proszę odłożyć długopisy - Elizabeth Clark uśmiechnęła się do nas szeroko a mnie zemdliło. Chociaż ostatnio nie miewałam zbyt dużych kłopotów i nie lądowałam na dywaniku u dyrektorki to i tak nie cierpiałam tej kobiety - Od teraz uważam ferie za rozpoczęte. Proszę uważać na siebie i wypocząć przed nowym semestrem. Dziękuję za uwagę!
Spojrzałam na drugi koniec sali gdzie umiejscowiony był wydział mojej przyjaciółki i natrafiłam na jej roześmiane oczy. To znaczyło, że poszło jej dobrze i nic nie zakłóci naszego dzisiejszego wylotu na Hawaje. Tak jak przewidziałam Emma, w której podkochuje się Luck zgodziła się do nas dołączyć i chociaż ta dwójka jest na razie na etapie "przyjaźni" to śmiem twierdzić, że te dwa tygodnie będą dla nich przełomowe. Jeśli mowa o tym wyjeździe. Czuję dziwny ścisk w żołądku i przypuszczam, że jest to związane z tym, iż ja i mój mentor nie będziemy się widzieć przez tak długi okres pierwszy raz od początku naszej znajomości. Co do "nas" o ile można nasze relacje można w jakikolwiek sposób określić, to od świąt i naszej rozmowy w samochodzie minęły trzy tygodnie i od tamtej pory Chris utrzymuje nasze kontakty w sferze czysto zawodowej. Jednak nie jestem przekonana czy chodzi o to co zostało wtedy powiedziane czy może o coś jeszcze.
Luck stanął przy mojej ławce i razem ruszyliśmy w stronę drzwi gdzie czekała na nas para gołąbeczków. Wszyscy razem poczekaliśmy jeszcze na Emmę która coraz częściej spędzała z nami czas i razem opuściliśmy salę.
- Słyszeliście, że Jenna nie wróci po feriach do szkoły? Wyszło na jaw, że jest w piątym miesiącu ciąży a ojcem jej dziecka jest pięćdziesięcioletni przyjaciel jej ojca! - oznajmił Matt gdy tylko znaleźliśmy się na korytarzu. Trzeba przyznać, że takie rzeczy nie zdarzają się u nas zbyt często i budzą dużą sensacje. Szczególnie, że dziewczyna ma czternaście lat
- Elizabeth pewnie poczuła zawód. Nasza szanowna dyrektorka zawsze sądziła, że to nasza kochana Rose zaciąży przedwcześnie
- Och, Adams! Jakiś ty dowcipny
- Przecież wiesz, że żartowałem prawda najdroższa? - powiedział obejmując mnie w tali
- Oczywiście, że tak. Twój brat dołączy do nas na lotnisku? - spytałam Adamsa dla pewności.
- Tak, widzę, że się za nim stęskniłaś - powiedział przekładając swoją rękę z mojego pasa na kark
- Oczywiście. Czy nie wiesz, że od lat potajemnie się w nim podkochuję? Przez te wszystkie lata był odporny na mój osobisty czar i urok ale mam plan pod kryptonimem "Hawaje" i zdobędę jego serce - starałam się brzmieć na poważną ale już po chwili głośno się śmiałam. Właśnie weszliśmy na korytarz gdzie mieścił się pokój który dzieliłam z Alison. Okazało się, że czeka na nas niespodziewany gość w postaci mojego mentora we własnej osobie. W pierwszej chwili zatrzymałam się razem z resztą zaskoczona jego nagłym pojawieniem się. Następnie zrzuciłam dłoń przyjaciela i ruszyłam w stronę Millera
- Coś się stało? - podeszłam do niego pozostawiając resztę za sobą
- Możemy porozmawiać? - był poważny ponad normę. Jeszcze nigdy go takim nie widziałam
- Jasne - mruknęłam i posyłając zdezorientowane spojrzenie przyjaciołom ruszyłam za Chrisem. - Co jest?
- Ja .... - zawahał się - chciałem po prostu zapytać jak poszło ci na egzaminach i poprosić cię o przysługę. - miałam wrażenie, że chciał powiedzieć coś innego ale zignorowałam moje przeczucie.
- Egzaminy poszły spoko, jak zawsze. Jaka przysługa?
- Uważaj na siebie i nie pakuj się w kłopoty - wydawało się to czymś normalnym znając moją przeszłość ale wyczułam w tym coś jeszcze, jakieś drugie dno, ale ostatnimi czasy jeśli chodzi o tego faceta zdarza mi się wyciągać błędne wnioski.
- Da się zrobić. Zamierzasz lecieć do rodziny?
- Jeszcze nie wiem - jego głos brzmiał dziwnie nienaturalnie. - To.... udanych ferii - powiedział i zanim zdążyłam cokolwiek odpowiedzieć odwrócił się i odszedł szybkim krokiem.

Wróciłam do pokoju nieco skołowana i kończąc pakowanie co chwila odtwarzałam w głowie naszą rozmowę, Nie potrafiłam wysunąć żadnych sensownych wniosków.
Po niecałej godzinie byliśmy na lotnisku w Seattle gdzie spotkaliśmy się z Alexem. Czekał nas ponad sześciogodzinny lot.
Przez ostatnie dni wszyscy mało spaliśmy ucząc się do testów więc gdy tylko samolot wystartował moja głowa opadła na ramię Alexa który zajmował fotel obok mnie. Mój sen był jednak krótki i niespokojny gdyż koszmary powróciły. Było to dla mnie zaskoczeniem gdyż przez ostatnie tygodnie z reguły miałam spokojne noce bez koszmarów i wspomnień. Zaczęło mnie zastanawiać co było przyczyną nawrotu tych obrazów z przed lat. Jednocześnie uświadomiłam sobie, że ten niepokój który czułam od jakiegoś czasu wcale nie minął co oznacza, że nie był wywołany stresem przed egzaminami. Chyba, że...
- Jaki był Chris gdy go poznałeś? Dopiero niedawno uświadomiłam sobie, że jesteście z tego samego rocznika - spytałam swojego towarzysza aby zająć czymś niespokojne myśli
- Wiesz, to całkiem zabawne. Kiedy mój brat powiedział mi, że Rose Carter dostała przysłowiowego kuratora w postaci Christophera Millera to chciało mi się śmiać. Od razu przed oczami pojawił mi się obraz nastoletniej wersji tego faceta. Dwie skrajności, dokładnie jak ty. Z jednej strony buntownik, kobieciarz a z drugiej posiadający jasny, sprecyzowany cel facet. Tak naprawdę to nasze spotkanie grudniowe było pierwszym od ukończenia szkoły i muszę przyznać, że jego charakter uległ sporym zmianom.
- Przyjaźniliście się?
- Kumplowaliśmy. On nie miał bliskich przyjaciół. Był towarzyski ale trzymał ludzi na bezpieczną odległość. Nie pozwalał zbytnio się zbliżyć. Ale mam dziwne wrażenie, że ciebie dopuścił blisko, bardzo blisko - powiedział poruszając zabawnie brwiami i uśmiechając się szeroko
- Wdaje ci się. On jest królem tajemniczości. Dobra, koniec o mnie, szkole i w ogóle. Lepiej opowiadaj co u ciebie i... jak jej było? Sary?
- Jest w ciąży i....
- Czemu nie mówiłeś wcześniej?! Gra....
- To nie ja jestem ojcem. Więc nie ma "mnie i Sary", ale jestem "ja i Hanna"


Lucas zaparkował samochód przed domkiem na zupełnym odludziu. Tylko my, drewniany domek, biały piasek i krystalicznie czysty ocean. Kompletny brak cywilizacji. Jednym słowem raj na ziemi.
- Aloha - krzyknęłam wyskakując z auta - to będą najlepsze ferie w naszym życiu!


______________________________
Co prawda może jest krótko ale wróciłam! Przepraszam, że tak długo mnie nie było, przepraszam za jakość rozdziału ale już jestem i obiecuję, że POSTARAM SIĘ POPRAWIĆ!!!
Mam nadzieję, że jeszcze ktoś tu jest i to czyta. Jeśli tak, to:
 bardzo dziękuję za cierpliwość i wyrozumiałość, jak i życzę UDANYCH WAKACJI!!!!!

sobota, 23 maja 2015

Informacja

Pytacie się o nowe rozdziały i to jest bardzo miłe ale z drugiej strony dołujące bo ja nic nie wrzucam... Bloga dokończę i obiecuję że powrócę pierwszego dnia wakacji i wtedy postaram się zacząć dodawać regularnie rozdziały. Liczę na wyrozumiałość i na to że ktoś jeszcze wtedy tu będzie cierpliwie czekając :) Dajcie znać czy będziecie czy jednak nie będziecie tyle czekać... Chcę wiedzieć czy będę miała dla kogo pisać..... Do następnego (mam nadzieję, że już rozdziału)

PS: Jeśli nagle nawiedzi mnie wena to może, podkreślam może ( co jest mało prawdopodobne) dodam rozdział wcześniej....

wtorek, 13 stycznia 2015

UWAGA! BARDZO WAŻNA INFORMACJA!

Pomóż Kindze
Kinga to młoda mama rocznej Zuzi, padła ofiarą pożaru, jej twarz i ciało wymagają operacji, aby mogła wrócić do zawodu modelki. Operacja może zostać wykonana tylko w Szwajcarii i kosztuje 30 000,ze względu na kiepską sytuację materialną rodziny Kingi nie stać na operację. Dlatego proszę o pomoc, wystarczy 10 zł, dla ciebie to parę złotych, a dla tej młodej dziewczyny to powrót do marzeń...błagam pomóżmy Kindze....

O wsparcie prosi jej przyjaciółka a ja dołączam się do prośby

nr konta....35 8602 0000 0000 0279 7540 0001

wtorek, 6 stycznia 2015

Przepraszam

Wiem, że już dawno powinnam dodać rozdział, biorąc pod uwagę wolne ale nie potrafię nic napisać. Próbuję i nic nie wychodzi. Kompletny zastój weny.... Przepraszam, i obiecuje dodać rozdział jak najszybciej.

czwartek, 18 grudnia 2014

Rozdział 17

- Dziękuję ci - rodzicielka Chrisa przytuliła mnie mocno
- To ja powinnam dziękować tobie za gościnność - powiedziałam oddając uścisk. Nadszedł moment pożegnania i powrotu do szkoły. Z jednaj strony chciałabym zostać tu na zawsze. Z ludźmi którzy zachowywali się tak, jakbym była częścią ich rodziny. Ale z drugiej strony tęskniłam. Tęskniłam za przyjaciółmi którzy przez te wszystkie lata są ze mną i znoszą wszystkie moje humorki.
- Dziękuję ci za Christophera
- Nie rozumiem - powiedziałam zerkając jednocześnie nad jej ramieniem na jej pierworodnego
- Dzięki tobie znów jest sobą. Po tym co się stało... kiedy wrócił nie był sobą. Niby się uśmiechał, rozmawiał z nami ale był inny. Zamknięty. Ciągle szukający zagrożenia. Jakby za chwilę coś złego miało się stać. Jakby to ktoś z nas miał go zaatakować. Któregoś dnia podczas kolacji stłukłam talerz robiąc wiele hałasu. Zanim się obejrzałam on już stał pod ścianą i trzymał nuż. Byłam przerażona Myślałam, że straciłam go na zawsze. Cały czas zastanawiałam się jak będą wyglądały nasze święta, aż któregoś dnia zadzwonił i zapytał czy może kogoś ze sobą przywieść. Już wtedy wiedziałam. Jego głos był inny... szczęśliwy. Ty sprawiłaś, że znów jest sobą a nawet lepszym sobą. Pokazał cechy które były w nim zawsze ukryte, nawet przed wyspą. Ty wydobyłaś je wszystkie.
- Na pewno nie. On po prostu potrzebował czasu.
- Nie ważne ile czasu by minęło, on nie byłby sobą gdyby nie ty. Znam swojego syna i widzę jak na ciebie patrzy - chciałam jej przerwać, zaprzeczyć. Powiedzieć, że jest tylko moim mentorem ale kobieta mi nie pozwoliła - nie obchodzi mnie że jesteś uczennicą a on twoim nauczycielem. Wiem jakie są zasady. Ale proszę. Nie przestawaj robić tego co robisz. Bo dzięki temu on jest szczęśliwy i my jesteśmy szczęśliwi.
- I ja jestem - szepnęłam cicho, tak aby tylko ona mnie usłyszała
- Odwiedzaj nas czasem - powiedziała na koniec całując mnie w czoło. Byłam bliska płaczu. Ta kobieta, w tak krótkim okresie czasu stała się dla mnie niczym matka.
Następnie pożegnałam się z głową rodziny, bliźniaczkami i Harry'm. Nie sądziłam, że będę w stanie tak szybko się do kogoś przywiązać. W końcu obiecywałam sobie, że nie będę do tego dopuszczać. Dużo czasu zajęło mi dopuszczenie do siebie Alison, Matta i Lucka a z rodziną Millerów stało się to tak łatwe, jakby naturalne i oczywiste. Ale musiałam wyjechać. Wrócić do rzeczywistości gdzie trzeba zachować pozory. Gdzie Chris będzie uważał na każdy swój ruch, każde słowo które mogłoby mieć podwójne znaczenie. Nie obejmie mnie tak jak tej nocy na tarasie. Nie poczuje jego ciepła. Będę musiała zadowolić się treningami i przyjaźnią jaką jest w stanie mi ofiarować.


- Miałeś racje - powiedziałam gdy wsiadł do samochodu. Byliśmy już w Seattle
- Zazwyczaj mam racje. Mogłabyś sprecyzować? - droczył się ze mną posyłając mi przy tym ten uwielbiany przeze mnie uśmiech.
- Z tym, że będę czuła się dobrze z twoją rodziną. Bo czułam się jak w domu
- Chciałem, żebyś się tak czuła. Rose, zależy mi na tobie. I boli mnie, że jedyne co mogę ci ofiarować to przyjaźń. Ale tak jest lepiej. Powinnaś być z kimś innym, z kimś takim jak Lucas a nie takim jak jak.
- Lepiej dla kogo Chris? Dla mnie czy ciebie? Bo mi się wydaje, że tak sobie tylko wmawiasz. Odkąd cię poznałam nie dręczą mnie tak często koszmary. Pierwszy raz odkąd pamiętam jestem naprawdę szczęśliwa i to co kiedyś uznawałam za dobre samopoczucie jest niczym w porównaniu z tym co czuję będąc przy tobie! Ale ty boisz się. Boisz się złamać zasady które stworzyłeś. I żałujesz że część z nich już złamałeś jeśli chodzi o moją osobę. Że dopuściłeś mnie do siebie. I zapewne za chwilę zaczniesz żałować tego, że zabrałeś mnie do Wielkiej Brytanii. Nie chcesz przekroczyć granicy. Ale już to zrobiłeś. I nie mów mi co jest dobre dla mnie bo sama to wiem. Od zawsze musiałam dbać o siebie sama i nauczyłam się rodzić sobie w życiu. Chcesz udawać. Proszę, możemy udawać. Ale nie myśl, że dzięki temu będę szczęśliwsza niż będąc z tobą w ukryciu.

Dalszą drogę pokonaliśmy w milczeniu. Potrzebowaliśmy czasu w ciszy aby przemyśleć sobie wszystko. Nie sądziłam, że te ostatnie godziny z dala od szkoły spędzimy w ten sposób ale miałam nadzieje, że to co mu powiedziałam dało mu coś do myślenia. Że wyciągnie wnioski. Wciąż pamiętałam słowa Elizabeth i nie chciałam niszczyć tego co ja i on zdążyliśmy zbudować ale musiałam wyrzucić to co dręczyło mnie od dłuższego czasu. Wiem, że próbował mnie chronić ale tak na prawdę tylko mnie ranił. Podczas świąt zepchnęłam to w najdalsze zakątki podświadomości  ale kiedy zbliżaliśmy się do akademii, uczucia, obawy zaczęły powracać.
Kiedy wjechaliśmy na teren szkoły szybko zabrałam rzeczy i bez słowa ruszyłam w stronę akademika. Dziedziniec tętnił życiem. Święta się skończyły i wszyscy wracali do szkoły. Chciałam zobaczyć się z przyjaciółmi. Został nam miesiąc nauki i zaczną się ferie a co za tym idzie wyjazd na Hawaje. Może ta przerwa, z dala od Millera dobrze mi zrobi?
Kogo ja próbowałam oszukać. Dobrze wiedziałam, że rozłąka tylko mnie zdołuje a koszmary wrócą prawdopodobnie z podwojoną siłą. Weszłam do swojego pokoju i zorientowałam się, że moja współlokatorka jeszcze nie wróciła. Liczyłam jednak na to, że Luck i ewentualnie Matt u siebie. Ten pierwszy tydzień temu obchodził urodziny. Kiedy ja już zbliżałam się do osiemnastki on dopiero kończył siedemnaści. Weszłam do ich pokoju bez pukania i moim oczom ukazał się Adams w samych bokserkach.
- Wszystkiego najlepszego mój mięśniaku! - powiedziałam przytulając się do niego.
- A gdzie prezent?
- A może zamiast "a gdzie prezent?" spytałbyś co u mnie? Jak się czuję? - powiedziałam podpuszczając go - prezent jest w moim pokoju. Nie wiedziałam czy już przyjechałeś czy nie więc nie chciało mi się go brać.
- Mogłaś zadzwonić i się przekonać czy już jestem u siebie. Poza tym nie pytam co u ciebie bo gadaliśmy wczoraj w nocy. I nie sądzę abyś od tamtej pory miała okazję przespać się ze swoim indywidualnym instruktorem. - powiedział poruszając przy tym brwiami w zabawny sposób.
- Czemu wy wszyscy liczycie na to, że się z nim prześpię? Nawet Matt podczas ostatniej rozmowy to zasugerował.
- Bo tak byłoby prościej. Wtedy albo byście byli ze sobą na poważnie albo on by zrezygnował ze szkolenia ciebie. Tylko te dwa wyjścia są dla was realne. Nie ważne czy prześpicie się ze sobą czy nie. nie ma szans na to abyście długo wytrzymali w takim zawieszeniu. Albo będziecie razem albo któreś z was zniknie ze szkoły aby utrzymać między wami jak największy dystans. Co, moim zdaniem, nie będzie dobrym rozwiązaniem  - to było dziwne. Słuchanie tych, trzeba przyznać, sensownych i logicznych słów z ust praktycznie nagiego, najlepszego przyjaciela który nie słynie z powagi. Zastanawiałam się nad odpowiedzią gdy nagle ktoś zasłonił mi dłońmi oczy.
- Zgadnij kto to Rose - usłyszałam tuż nad uchem szept.
- Alex! - powiedziałam okręcając się i rzucając w ramiona mężczyzny. - Co ty tu robisz?
- Postanowiłem osobiści dostarczyć młodszego brata no i odwiedzić przy okazji stare śmieci. Lucas jakby cię to interesowało, to ta laska do której się tak ślinisz siedzi samotnie w wspólnym salonie i ogląda jakiś serial.
- Idź do niej i zagadaj. Bądź przyjacielski, nic więcej - doradziłam przyjacielowi
- Nic?
- Nic ale kiedy przyłapie cię na tym, że wgapiasz się w nią maślanymi oczami nie uciekaj wzrokiem, patrz nadal. To zadziała. Ale broń Boże wykonywać jakichś bardziej odważnych ruchów. Powodzenia! - powiedziałam gdy już znikał na drzwiami.
- Zostaliśmy sami - Adams poruszył zabawnie brwiami - co masz ochotę robić?
- Idziemy się przejść - powiedziałam chwytając go za ramię - mam dość siedzenia na tyłku.
Alex i Lucas Adamsowie są jak dwie krople wody. Pod względem wyglądu jak i charakteru. Nigdy nie zastanawiałam się nad tym, dlaczego lepiej dogaduję się z płcią przeciwną. Ale z facetami zawsze szło mi lepiej jeśli chodzi o przyjaźń niżeli z dziewczynami. Z wyjątkiem Alison. Możliwe, że w osobach takich jak Luck czy Alex szukałam swojego utraconego brata.
- Myślisz, że coś z tego wyjdzie? - spytał mnie gdy wychodziliśmy na dziedziniec. Podczas mojej nieobecności spadła spora warstwa śniegu. Uformowałam pierwszą kulkę śniegu.
- Ja już tego dopilnuje. Zanim się obejrzysz będziesz miał szwagierkę. - powiedziałam ze śmiertelną powagą na co wybuchnął śmiechem. Wykorzystałam jego rozkojarzenie i wykonałam rzut trafiając idealnie w głowę. Pomińmy to, że nie mieliśmy na sobie kurtek ani bluz.
- O ty! Doigrałaś się - powiedział po czym ustawił się i ruszył w moją stronę. Już po chwili leżeliśmy w zaspie śniegu śmiejąc się z siebie nawzajem.
Nie mam pojęcia ile czasu tak leżeliśmy ale przerwało nam wyraźne odchrząkniecie. Podniosłam wzrok nad ramieniem przyjaciela i dostrzegłam Christophera.
- Cześć stary! Kupę lat! - krzyknął Adams zrywając się z ziemi i pociągając mnie ze sobą. Zupełnie wyleciało mi z głowy, że oni są z tego samego rocznika.
- Wieki - odparł wymuszając uśmiech. Potrafiłam poznać kiedy uśmiechał się naprawdę. I chociaż zdarzało się to naprawdę rzadko, kochałam te nieliczne szczere uśmiechy.
- To wy sobie gadajcie o starych latach a ja lecę ratować Lucka bo zapewne sobie nie radzi - powiedziałam odwracając się szybko
- Rose! - Nie dane mi było daleko odejść gdy zawołał mnie Alex
- Co tam?
- Dzisiaj już pewnie się nie zobaczymy bo za niedługo wyjeżdżam, więc do zobaczenia na Hawajach - powiedział uśmiechając się zadziornie
- Jak to na Hawajach? - spytałam zaskoczona
- Postanowiłem jechać z wami i zadbać o to abyś dobrze się bawiła!
- Jeśli ty mi będziesz towarzyszył to na pewno nie będę się nudził. Dobrze, że jesteś prawnikiem, bo kiedy wsadzą nas do więzienia nie będę musiała dzwonić do rodziców! - odkrzyknęłam i weszłam do wnętrza szkoły.


__________________
Przepraszam, że tak długo ale najpierw miałam operacje kolana, potem problemy w szkole. Dopiero teraz zebrałam się na tyle aby dokończyć ten rozdział i go opublikować. Mam nadzieję, że was nie zawiodę. Zdradzę wam, że niebawem nastąpi przełom, myślę, że za jakieś 3 do 5 rozdziałów.
Mam nadzieję, że jeszcze ktoś tu zagląda :)

wtorek, 30 września 2014

Rozdział 16

Musiałam przyznać, że Harry potrafił całować. Pocałunek był krótki ale można powiedzieć - intensywny. I nawet jeśli mamy podobne charaktery, jeśli ja i on do siebie pasujemy to nie poczułam tego, co towarzyszyło mojemu pocałunkowi z Chrisem w windzie. Kiedy pocałunek się skończył spojrzałam w jego niebieskie oczy, tak podobne do oczu jego starszego brata, uśmiechnęłam  się szeroko co od razu odwzajemnił. Następnie przeniosłam wzrok na bliźniaczki które uśmiechały się chytrze. Na koniec spojrzałam na najstarszego z trójki rodzeństwa. Przez cały czas zastanawiałam się co zobaczę w jego oczach. Radość, smutek, żal, zazdrość? Nie spodziewałam się jednak tej obojętności. Nie wiedziałam co to może oznaczać dla niego. Co czuł widząc mnie z jego bratem.
- Powiesiłyście tą jemiołę w bardzo strategicznym miejscu, lepiej tego wymyślić nie mogłyście - powiedziałam zwracając się do dziewczyn.
- W takim razie uważajcie bo w całym domu jest wiele takich miejsc. - głos Su był przebiegły.
- Będę miała się na baczności. Dobra ja idę do pokoju schować torby i wykonać kilka telefonów.

Wbiegłam po schodach na piętro cały czas mając przed oczami twarz Chrisa. Ta obojętność zadawała mi ogromny ból. Miałam nadzieję, że będzie zazdrosny. Zostawiłam torby w pokoju a następnie zamknęłam się na klucz w łazience i wykręciłam numer do przyjaciółki.
- Powiedz, że przespałaś się z Millerem - to były pierwsze słowa jakie wydobyły się z ust Alison
- Gorzej...
- On przedstawił ci swoją eks z którą na nowo zaczął kręcić?
- Pocałowałam jego brata...
- CO?! - krzyknęła tak głośno, że musiałam odsunąć telefon od ucha
- Ma na imię Harry i jest w  naszym wieku. Stanęliśmy pod jemiołą i jego siostry wymusiły na nas pocałunek.
- Całe szczęście
- Co "całe szczęście"? - czasami na prawdę nie nadążam za jej tokiem myślenia
- Myślałam, że tak sami z siebie, pod jemiołą to co innego a może dzięki temu Christopher zacznie działać?
- Nie sądzę, nie widziałaś jego miny... była pusta. Nic nie wyrażała... Taką samą minę przybiera w szkole
- Nie przesadzaj. Może właśnie nie chciał okazać jak bardzo go to poruszyło? Słuchaj kochanie, ja muszę kończyć. Mama mnie woła. Do usłyszenia. Pamiętaj, jednak, że nadal nie wybaczyłam ci tego, że nigdy nie przyjęłaś mojego zaproszenia na wspólne święta a do niego poleciałaś od razu.
- Cóż... nie żeby coś Alison ale nie pociągasz mnie fizycznie... bez urazy oczywiście
- Jasne w końcu gdzie mi tam to takiego mięśniaka jak twój książę?
- Bardzo daleko. Pozdrów ode mnie rodziców. Tęsknienie
- I ja też - powiedziała po czym zakończyła naszą krótką rozmowę.
Alison będąc w domu nigdy nie miała wiele wolnego czasu. Była jedynaczką więc jej rodzice bardzo tęsknili za córką w czasie roku szkolnego i korzystali z tych niewielu dni w roku kiedy miała wolne pełną piersią. Dziewczyna, w przeciwieństwie w do mnie, gdy była w domu praktycznie wcale nie siedziała w swoim pokoju. Albo towarzyszyła mamie w kuchni albo obserwowała swojego tatę gdy ten był pogrążony w jakichś domowych obowiązkach które jej szczerze powiedziawszy nigdy nie interesowały. W przeciwieństwie do mnie. Zawsze lubiłam obserwować brata gdy grzebał przy swoim samochodzie. Podawałam mu wtedy różne narzędzia i wypytywałam co do czego służy. Byłam, a może i nadal jestem, prawdziwą chłopczycą. Jej rodzice, pomimo wysokiego statusu społecznego nie posiadali gosposi czy ogrodnika. Twierdzili, że to właśnie takie prozaiczne czynności scalają rodzinę. Może tego zabrakło mojej?
Nie chcąc dalej nad tym rozmyślać wyszłam z pomieszczenia. Do kolacji miałam jeszcze trochę czasu a, że chciałam zapełnić umysł czymś innym niż rozmyślania o mojej rodzinie zbiegłam na dół aby zapytać panią domu w czym mogę pomóc. Niestety Elizabeth jak i Oliver nie mieli dla mnie w tym momencie żadnego zajęcia więc wróciłam na piętro. Miałam już iść do siebie kiedy coś mnie tknęło i zapukałam do drzwi obok.
- Nie przeszkadzam? - zapytałam wchodząc do środka
- Jasne, że nie. Właściwie to dobrze się składa - Harry uśmiechnął się do mnie szeroko - chciałem pogadać o tym co stało się na dole - O nie. Tylko nie to. Błagam nie mów, że liczysz na coś więcej. Miałam nadzieję, że moje modlitwy zostaną wysłuchane.
- Harry ja nie....
- Spokojnie, nie przerywaj mi. Ja wiem, że nie lubisz mnie w ten sposób. I nie martw się ja też nie patrzę na ciebie w ten sposób. Chociaż trzeba przyznać, że niezła z ciebie laska. Chciałem ci tylko powiedzieć, że nie liczę na nic więcej więc nie musisz się niczego obawiać i mnie unikać.
- Dzięki Bogu, już myślałam, że będę musiała sprać cię na kwaśne jabłko abyś się ode mnie odczepił
- Jesteś bardzo zabawna. Swoją drogą to mam taką małą prośbę - powiedział robiąc słodkie oczka - obronisz mnie przed moim dużym, przerażającym i wściekłym starszym bratem?
- A co takiego zrobiłeś?
- Poczekaj aż wróci. Pięć minut temu poszedł do szopy za domem. Od czterech miesięcy stoi tam wrak jego motoru... miałem drobny wypadek i niechcący skasowałem motor samochodem parkując w gar... - nie dążył dokończyć bo rozległ się krzyk Chrisa. - mam przesrane - powiedział przełykając głośno ślinę.
- Współczuję ci - powiedziałam klepiąc go po plecach. Będę odwiedzała cie w szpitalu - powiedziałam wychodząc z pokoju. Na schodach spotkałam mojego mentora
- Coś się stało? - spytałam jakbym o niczym nie wiedziała
- Zabiję sukinsyna. Zabiję. Nie pomoże mu nawet to, że jesteśmy spokrewnieni - mamrotał wymijając minie i nawet nie zatrzymując.

Na szczęście obyło się bez poważnych obrażeń ale musiała interweniować ich rodzicielka. Teraz siedzieliśmy wszyscy razem przy stole i jedliśmy świąteczną kolację. Wciąż nie mogłam uwierzyć, że będąc tu czuję się tak swobodnie. Jakbym na prawdę była w swoim domu, otoczona szczęśliwą, kochającą mnie rodziną. Millerowie ciągle żartowali, śmiali się albo dogryzali sobie. To ostatnie dotyczyło Suzanny i Harry'ego ale czasem dołączał się też Chris i Samantha. W połowie kolacji dostałam esemesa którego treść zawierała dwa słowa: "Wesołych świąt". Jakie to uczuciowe mamo. Jak bardzo moja rodzina kontrastowała z rodziną którą mam przed oczami. Rzuciłam telefon na kanapę która stała nie opodal aby jego widok nie przypominał mi o rodzicach.
- A pamiętasz te podstawy samoobrony których was uczyłem ostatnio? - spytał Chris gdy Su zaczęła opowiadać o chłopaku który wpadł jej w oko
- To mój potencjalny chłopak a nie seryjny morderca i gwałciciel - westchnęła zirytowana
- Poznałem go - dodał uspokajająco Oliver - nie ma żadnych kolczyków ani tatuaży. Nie masz o co się martwić. Może jest buntownikiem ale w niegroźnym wydaniu.
- Buntownicy są najlepsi - powiedziałam w obronie dziewczyny - dobry wybór Su - mrugnęłam do niej a następnie przeniosłam wzrok na jej starszego i strasznie zaborczego brata - daj spokój Chris. Ona ma już szesnaście lat. To idealny czas na szaleństwo. Pozwól jej.
- Najpierw muszę go poznać
- Dyktator - mruknęłam
- Nigdy w życiu! Nastraszysz go tak, że będzie mnie omijał szerokim łukiem - powiedziała w tym samym czasie
- Synku, odpuść. Twoja siostra ma już szesnaście lat i prawo podejmować własne decyzje.
- Szesnaście lat skończy dopiero za trzy miesiące. Na razie ma piętnaście lat -zaprzeczył rzeczowo
- Po prostu daj jej spokój. Jest na tyle duża aby sama móc decydować o tym z kim się spotyka. My, dopóki nie popadnie w konflikt z prawe, nie mamy nic do gadania.
- Zajmij się lepiej swoim życiem prywatnym - dodała Sam stając w obronie siostry i rzucając jednocześnie znaczące spojrzenie bratu

Pomimo tego, że Chris zapewniał mnie iż święta nie wyglądają tak idealnie jak w filmach to jednak nie odbiegały bardzo od moich wyobrażeń. Rodzinna miłość biła od gospodarzy ale o dziwo nie czułam się przez to nieswojo czy źle, wręcz przeciwnie, czułam się częścią tego wszystkiego. To tak jakbym po latach poszukiwań w końcu znalazła swoje miejsce na Ziemi.  Kolejne godziny po kolacji spędziliśmy na wspólnym oglądaniu filmów. Z zafascynowaniem przyglądałam się swoim towarzyszom. Na twarzach mieli szerokie, szczere uśmiechy i mogłam się założyć, że moja twarz wygląda podobnie. Byłam w stanie wyobrazić sobie, wręcz dobrze wiedziałam co ci ludzie czuli gdy jeden z nich. Ich brat, syn zaginął. Zniknął na pięć lat. Został uznany za zdrajce, potem za martwego. Ale wrócił. Przeżył. Mogłam tylko wyobrazić sobie jaką ulgę poczuli widząc go po tych pięciu latach udręki. Pamiętam wczorajszy wieczór i opowieść bliźniaczek o tamtym okresie. O tym co czuła rodzina kiedy Chris skończył szkołę i dostał pierwsze zadania. Od samego początku się martwili, bali o niego. A kiedy zaginął... Dla Elizabeth było to jak Déjà vu. Ale wiara w ich brata była niezachwiana. Ani na moment nie uwierzyli w to, że przeszedł na drugą stronę. Wiedzieli, że prędzej by zginął niż zdradził ojczyznę dla której zginął jego własny ojciec.
Wiele razy sama wyobrażałam sobie, że Jack pewnego dnia staje w moich drzwiach. Że koszmar się kończy. Budzę się z krzykiem a to on przybiega do mojego pokoju i mnie uspokaja. Ale tak nigdy się nie działo. Gdy budziłam się z krzykiem byłam sama. Nie było pocieszających ramion starszego brata. Nie wiem co mój mentor powiedział na temat mojej przeszłości swojej rodzinie ale żadne z nich nie zadawało mi pytań na ich temat.
Koło północy zadzwonił Luck z życzeniami. Ostatnio ledwie go poznawałam, ale cóż, chłopak się zakochał. Miłość zmienia ludzi. Uwydatnia ich zalety. Luck pokazał światu swoje drugie oblicze które widywałam wcześniej bardzo rzadko i zawsze objawiał je tylko w stosunku do mnie i Alison. Musiałam tylko dopilnować aby nie spieprzył sprawy i nie stchórzył. Do końca półrocza sprawię, że skradnie serce swojej wybranki.
Po całym dniu spędzonym w rodzinnej atmosferze powróciły koszmary. Wizje przeszłości nie dały o sobie łatwo zapomnieć. Gdy tylko zamknęłam oczy pojawiły się z wielkim transparentem krzycząc "Tu jestem!" Widzisz mnie? Tu jestem i nie dam ci nigdy zapomnieć!" . Miałam wrażenie, że do końca życia, gdy tylko zamknę oczy, będę widziała samoloty uderzające w wierze które chwilę potem zapadają się. Widok Lisy, ówczesnej dziewczyny mojego brata, siedzącej ze mną w domu i czekającej na telefon. Jej zapłakana twarz, nerwowe ruchy, spacerowanie po pokoju, rozbiegany wzrok błądzący od ściany do telewizora. Byli w sobie szaleńczo zakochani. On planował oświadczyny. Prosił mnie o pomoc w wybraniu pierścionka zaręczynowego. Znalazłam ten pierścionek u niego w pokoju, schowanym w jednej z szuflad i dałam go jej. Do dnia dzisiejszego nosi go niczym medalion przyczepiony do łańcuszka. I chociaż ułożyła sobie życie. I chodź ma męża i synka którego nazwała na cześć mojego brata imieniem Jack to nadal pamięta i kocha Cartera.
Wymknęłam się z pokoju i zeszłam na dół. Udało mi się to zrobić niemalże bezszelestnie. Zapomniałam tylko o jednym stopniu który skrzypiał w specyficzny sposób. Przeszłam przez salon i wydostałam się na taras. Grudniowe, londyńskie powietrze od razu mnie otrzeźwiło.  Miałam na sobie tylko za dużą koszulkę którą podkradłam kiedyś przyjacielowi więc na moim ciele od razu pojawiła się gęsia skórka. Nie minęło jednak dużo czasu kiedy na moich ramionach znalazła się ciepła kurtka. Nie musiałam się odwracać aby wiedzieć kto za mną stoi.
- Czy ty nigdy nie tracisz czujności? - spytałam szeptem
- Moim pierwszym odruchem jest złapanie noża albo pistolety który mam zawsze pod poduszką gdy w nocy coś usłyszę. Tym razem skrzypiące schody. Zły sen?
- W pewnym sensie. Lisa McNally. Była dziewczyną mojego brata. Byli ze sobą już prawie pięć lat. siódmego października mieli mieć rocznice i to wtedy mój brat planował jej się oświadczyć. - nie przerywał mi więc kontynuowałam - po tym co się stało, nie opuściła mnie. Po mimo własnej żałoby cały czas dzwoniła, do mnie odwiedzała mnie. Cztery lata temu przyjechała do mnie, do szkoły aby powiedzieć mi, że poznała faceta i zakochała się. Że to on zostanie jej mężem. Zapewniła mnie jednocześnie, że nadal pamięta o moim bracie. Dowiodła tego dwa lata później gdy znów pojawiła się w drzwiach prosząc abym została matką chrzestną jej syna któremu dała na imię Jack. Odmówiłam.
- A teraz zastanawiasz się czy postąpiłaś słusznie.
- Nigdy się ode mnie nie odwróciła. Nawet po tej odmowie nie przestała się ze mną kontaktować. I robi to do dziś. Dzwoni co kilka miesięcy, pyta co u mnie, jak się czuję. Ale ja nigdy tego nie robię, czy jestem złym człowiekiem?
- Nie - powiedział obejmując mnie ramionami. - to znaczy, że jesteś człowiekiem zranionym. I ona to rozumie. Nie ma do ciebie o to żalu. I wie, że nadejdzie dzień, może właśni nadszedł, że będziesz w stanie do niej zadzwonić albo pojechać aby zapytać co u niej i podziękować za wszystkie lata jej trosk o ciebie.
- Skąd ta pewność? - spytałam odwracając głowę tak aby widzieć jego twarz.
- Bo sam raz w miesiącu dzwonię do Carrie Sanders aby sprawdzić czy wszystko u nich w porządku.
- Czy to jest...
- Tak, to żona mężczyzny który był moim przyjacielem i zdradził mnie. Ale to co zrobił on nie ma wpływu na to kim jest dla mnie jego żona i dzieci. Straciły ojca ale mnie mnie.
Odwróciłam się tak, aby stanąć do niego przodem.
- Dziękuję, że mnie tu zabrałeś. Nie do końca wiem dlaczego to zrobiłeś ale dziękuję ci za to
- Zrobiłem to, ponieważ jesteś dla mnie ważna - powiedział hipnotyzując mnie swym spojrzeniem.


_____________________________________
___
Nawet nie będę przepraszać i się tłumaczyć....
Udało mi się jednak coś we wrześniu dodać....
Mam nadzieję, że długość was usatysfakcjonuje bo to chyba jeden z dłuższych rozdziałów....
Gorzej oczywiście z treścią i zastanawiam się czy lepsze jest coś tak żałosnego niż nic czy jednak lepiej było nie dodawać tego rozdziału....
Mam nadzieję, że jeszcze ktoś to czyta....
Do następnego! 
PS: Przepraszam za błędy ale pisane na szybko pod wpływem nagłej weny... ( a powinnam uczyć się do sprawdzianu z polskiego i biologii...) 
PS2: Nie stawiam warunku z liczbą komentarzy jak robiłam to przez jakiś czas jednak proszę aby osoby które przeczytają ten rozdział zostawiły po sobie chociażby jakiś uśmieszek w komentarzu abym wiedziała, że jeszcze ktoś to czyta...

środa, 10 września 2014

Informacja!

Cześć! Ciągle pytacie o nowy rozdział ( i z jednej strony bardzo się cieszę bo wiem, że czekacie z drugiej zaś mi głupio bo wy pytacie a ja nic nie dodaje...) Od razu mówię, że bloga NIE ZAWIESIŁAM. Rozdział zaczęłam pisać ale idzie mi to opornie. Chociaż jest początek roku ja już mam masę nauki (byłam głupia i wybrałam biologie, w piątek pierwszy sprawdzian a reszta zaplanowana już do listopada do tego niezapowiedziane kartkówki i sprawdzian który czeka mnie dokładnie 23 września z CAŁEJ pierwszej klasy. Rozdział jest w trakcie pisania i postaram się dodać go w tą niedziele chociaż niczego nie obiecuję. Pewne jest jednak to, że rozdziały będę dodawała RAZ W MIESIĄCU chyba, że stanie się cud i dodam dwa :D
Mam nadzieję, że zrozumiecie mnie i będziecie czekać!
I jeszcze jedno.... zastanawiam się czy nie zaaranżować by pocałunku Chrisa i Rose pod jemiołą....Co wy na to? bo w pierwotnej wizji tego nie było... przyszło dopiero potem i nie jestem do tego przekonana....

środa, 13 sierpnia 2014

Rozdział 15

Obudziły mnie odgłosy dochodzące z parteru. Od razu było wiadome, że dom jest pełen życia. Spojrzałam na piętrowe łóżko stojące naprzeciwko , spodziewając się, że zobaczę tam śpiące bliźniaczki ale było puste. Wyciągnęłam z pod poduszki telefon i zobaczyłam jedną, nieprzeczytaną wiadomość. Otworzyłam ją a na mojej twarzy pojawił się szeroki uśmiech.Odpisałam na motywujące słowa przyjaciółki i postanowiłam podnieść się z łóżka.
Wygrzebałam z walizki czyste ciuchy i skierowałam się w stronę łazienki znajdującej się na korytarzu. Wzięłam szybki prysznic i już dziesięć minut później stałam praktycznie gotowa do wyjścia. Zostało mi tylko rozczesać i wysuszyć włosy. Przez pół roku nie miałam możliwości odwiedzić fryzjera więc włosy sporo urosły a to że są z natury kręcone i wredne nie ułatwiało sprawy.
Przed opuszczeniem łazienki przejrzałam się ostatni raz w lustrze. Nigdy nie miałam kompleksów związanych ze swoim wyglądem. Moje ciało było wysportowane w związku z czym świetnie się prezentowało w każdym wydaniu. Obecnie miałam na sobie czarne rurki i beżowy sweter.
Wyszłam z pomieszczenia i skierowałam swoje kroki ku parterowi skąd dochodziły głośne śmiechy i rozmowy rodziny Millerów. Stanęłam w drzwiach kuchni i przyglądałam się gospodarzom. Elizabeth i Oliver szykowali śniadanie, Suzanna i Harry kłócili się o coś zaciekle a Samantha nakrywała do stołu. Nigdzie nie było Chrisa.
- O już wstałaś Rose. W samą porę na śniadanie - Elizabeth w końcu mnie zobaczyła - Jak się spało? - przypomniała mi się nasza wczorajsza kłótnia. Pani Miller chciała aby któraś z dziewczyn zajęła kanapę w ich pokoju abym ja jako gość mogła spać na prawdziwym łóżku. Ja jednak nie chciałam się zgodzić bo wystarczające było to, że zwalałam się im do domu w święta jakbym nie miała własnego. Na szczęście Elizabeth szybko zrozumiała, że ze mną nie wygra i pozwoliła mi spać na kanapie.
- Bardzo dobrze. W czymś wam pomóc? - zgodnie z prośbą mówiłam im na ty.
- Nie. Już wszystko gotowe. Su, Harry uspokójcie się wreszcie i siądźcie do stołu.
Rodzeństwo ostatni raz rzuciło sobie nienawistne spojrzenie i usiało jak najdalej od siebie. Kiedy wszyscy zasiedli do stołu i miałam pytać o Christophera którego w dalszym ciągu brakowało, ten sam zjawił się w pomieszczeniu. Od razu było widać że wrócił z porannego joggingu. Nawet teraz nie mógł sobie odpuścić? Przecież, na litość Boską, są święta! Przywitał się ze wszystkimi i zaczął odsuwać krzesło aby zasiąść do śniadania. 
- Ani mi się waż siadać teraz do stołu. - głos jego matki był stanowczy, nieznoszący sprzeciwu - marsz pod prysznic i za pięć minut masz być tu z powrotem.
Sytuacja była tak komiczna, że ledwo opanowałam wybuch śmiechu. Ten o to 25 latek, twardy wyszkolony wojownik, niemalże z podkulonym ogonem wykonywał polecenia rodzicielki.

- Dzieci? - śniadanie właśnie dobiegało końca gdy pani domu przewała wszystkie rozmowy prowadzone przy stole. Wszystkie głowy jednocześnie zwróciły się w jej stronę - Pojedziecie po jakieś drzewko? Najlepiej jodłę albo świerka, no i oczywiście potem trzeba przybrać je ozdobami.
- Nie możemy zapomnieć o jemiole! - Suzanna zapiszczała niczym pięciolatka podskakując na krześle - porozwieszam ją w każdym kącie domu!
- Taak, nie zapomnijcie o jemiole - westchnęła Elizabeth - zbierajcie się już lepiej. Ja zajmę się sprzątaniem bo i tak Oliver nie chce mnie wpuścić do kuchni. - mówiąc to posłała swojemu mężowi znaczące spojrzenie.
- Nie moja wina, że jedyne co umiesz zrobić to kanapki, ewentualnie jajecznica. Przykro mi kochanie ale kurą domową to ty nigdy nie będziesz. - mężczyzna próbował się bronić, jednocześnie pogrążając za co oberwał, jak klasycznie, ścierką po głowie.

Od godziny szukaliśmy idealnego drzewka. Było ich tu tyle, że ciężko było się zdecydować. A dziewczyny co rusz odrzucały jakąś propozycje.
- Może to? - Sam wskazała jedno z drzewek.
Chris nie krył radości. W końcu decyzja została podjęta. Wybór padł na bardzo wysokiego świerka. Nie mogłam wyjść z podziwu, że udało nam się ją przewieść do domu.

Chociaż byłam tu od niedawna odkryłam nowe oblicze Millera. Dawniej myślałam, że poznałam to jego prywatne oblicze. Na naszych indywidualnych treningach wydawał się odprężony, naturalny. Ale to nie była nawet jedna setna jego prawdziwego oblicza. To jaki był przy rodzinie ukazywało jego prawdziwe oblicze. Uśmiech nie schodził z jego twarzy. Ale czasem można było zauważyć niepokój, szczególnie gdy martwił się o siostry. Nigdy nie zapomnę jego wyrazu twarzy, gdy dowiedział się, że jedna z jego kochanych, małych siostrzyczek ma adoratora. Albo ta irytacja gdy Harry zapytał czy wszystkie dziewczyny w mojej szkole to takie same laski jak ja. No i ta miłość do rodzicielki i ojczyma. Widać było tu prawdziwą miłość. Tak zawsze wyglądała moja wymarzona rodzina.

- Rose - Chris zszedł z drabiny wieszając ostatnie światełka - chciałbym pokazać ci pewne miejsce. Tylko musimy się pospieszyć
- Jasne. Przy okazji wstąpimy do galerii?
- Tak, tylko po co?
- Mam coś do załatwienia.
- W takim razie musimy się zbierać.

Pierwszy raz od przylotu znajdowaliśmy się sami w jednym pomieszczeniu. Ciepłe powietrze w samochodzie sprawiło, że zapach mojego mentora był intensywniejszy. Nie jechaliśmy długo. Już po kilku minutach zatrzymaliśmy się przed jakimś opuszczonym budynkiem.
- Gdyby nie to, że chciałaś jeszcze jechać na zakupy, przyszlibyśmy na piechotę.
- Nie, żeby coś ale tu nic nie ma - powiedziałam rozglądając się dokoła. - no chyba, że chcesz mnie tu zgwałcić, zabić i zakopać. A ostrzegam, nie poddam się bez walki
- Liczę na to - powiedział uśmiechając się przebiegle - a tak na serio to chciałem pokazać ci właśnie ten budynek. Mam do niego sentyment. Ale musimy wejść na samą górę.
- A czy ten budynek się nie zawali? - nie cierpiałam na lęk wysokości ale z tego budynku został sam szkielet i wątpiłam czy wytrzyma nasz ciężar.
- Boisz się? - chłopak podpuszczał mnie grając na moim ego.
- Oczywiście, że nie. Kto pierwszy na górze!

Miller wyminął mnie już na pierwszym piętrze. Deptałam mu po piętach czasem oszukując łapiąc go za kurtkę czy też nogawkę spodni. Mój towarzysz nie miał jednak zwyczaju dawać wygrywać słabszym więc efekt był taki, że na dziesiąte piętro dobiegłam jako druga. I muszę przyznać, że straciłam oddech, nie tyle przez wysiłek, ile przez widok jaki zobaczyłam. Cała panorama majestatycznego Londynu z Big Benem na czele.
- Robi wrażenie prawda? - usłyszałam tuż za uchem.
- O tak. - westchnęłam - więc to jest twoje ulubione miejsce?
- Tak. Zawsze kiedy mam doła albo kiedy chcę pomyśleć, pobyć sam, przychodzę tutaj. Właściwie to nikt nie wiem o tym miejscu. Jesteś pierwszą osobą którą tu przyprowadziłem. - wciąż mówił cicho, niemalże szeptem a na moim ciele pojawiła się gęsia skórka, która z pewnością nie została wywołana zimowym klimatem Anglii.
- Czuję się zaszczycona. Jak je znalazłeś? - mój głos też był szeptem. Nie miałam odwagi odwrócić się twarzą do mojego rozmówcy i wciąż wpatrywałam się w panoramę miasta.
- Znasz tę całą żołnierską procedurę w wypadku śmierci żołnierza? - kiwnęłam głową w znaku zaprzeczenia więc kontynuował - do rodziny zmarłego przyjeżdża ktoś wysoki rangą i dwóch szeregowców z tego samego oddziału w którym był poległy. Przywożą ze sobą flagę i wręczają ją wdowie składając najszczersze kondolencje. Każda rodzina się tego obawia. Każda żona żołnierza zamiera gdy słyszy podjeżdżający samochód na podjazd a nikogo się nie spodziewała. Moja mama też się tego obawiała. To największy koszmar każdej kobiety związanej z żołnierzem. I ten koszmar stał się rzeczywistością dla mojej rodziny. Kiedy zobaczyłem moją mamę rozmawiającą z facetami w mundurach, widziałem jak uginają się pod nią nogi. Widziałem łzy w jej oczach. Tą rozpacz na jej twarzy. Wiedziałem, że nie oznacza to nic dobrego ale nie wiedziałem o co chodzi. A kiedy oni już odeszli a ona odwróciła się w moją stronę i powiedziała, że tata już nie wróci, byłem szczylem. Nie przyszło mi do głowy, że powinienem wspierać swoją rodzicielkę. Po prostu wybiegłem z domu i ruszyłem przed siebie. Zatrzymałem się dopiero przed tym budynkiem. Już wtedy był ruiną. Wbiegłem na samą górę i siedziałem tu kilka godzin. Mama w tym czasie zdążyła postawić na nogi chyba wszystkie służby w mieście. Kiedy wróciłem do domu naprawdę jej ulżyło. Dopiero po latach doszło do mnie to jakich problemów jej narobiłem. Nie dość, że dowiedziała się o śmierci swojego męża to musiała jeszcze zamartwiać się o mnie. Ale w każdym bądź razie od tamtego momentu to był mój azyl. Zawsze kiedy coś szło nie po mojej myśli, przychodziłem tutaj. Tylko ja i moje myśli.
- Dlaczego wybrałeś szkołę w Stanach? W Anglii i kilku innych krajach europejskich są takie same szkoły. Zajmujące się tym samym co nasza.
- Chciałem być jak mój tata ale ze wstąpieniem do wojska musiałbym czekać do osiemnastki. Zacząłem grzebać w internecie. Znalazłem informacje o temat tego rodzaju szkół.
- No ale dlaczego nie Anglia? - niecierpliwiłam się
- Bo mimo tego, że pogodziłem się ze śmiercią ojca wszystko mi o nim przypominało. Domek na drzewie który wybudował dla mnie. Garaż w którym remontował stary zabytkowy samochód i strzelnica na którą mnie zabierał abym popatrzył jak ćwiczy. Było mi ciężko, chciałem zmienić otoczenie. Nie mieliśmy jednak wystarczająco pieniędzy. Wojskowa renta po tacie nie była wysoka a mama w szkole nie zarabiała kokosów. Kiedy jednak koledzy z oddziału ojca dowiedzieli się o moim marzeniu postanowili mi pomóc. Pogadali z jakimiś znajomymi, dużo wyżej postawionymi którzy postanowili, w rewanżu za zasługi ojca, przyjąć mnie do szkoły. Mogłem się tam uczyć bez jakichkolwiek płatności. Pod warunkiem, że będę wystarczający dobry.
- A byłeś cholernie dobry. I zyskałeś wielkie uznanie wśród wysoko postawionych ludzi.
- Nie mówiąc skromnie. - powiedział na co się zaśmiałam - a na poważnie, to jeśli chcesz jeszcze gdzieś jechać to musimy się zbierać.
- Jasne mistrzu

Z zakupami uwinęliśmy się w półtorej godziny i miałam już prezenty dla każdego z rodziny Millerów a także dla przyjaciół z którymi zobaczę się po przerwie świątecznej. Elizabeth kupiłam książkę kucharską o tytule "Kuchnia dla opornych" która moim zdaniem była idealnym prezentem, jeśli pani Miller ma poczucie humoru, Oliverowi czapkę ze śmieszną karykaturą i do zestawu fartuch z żartobliwym napisem, Suzanna i Samantha dostaną kilka książek różnych gatunków a Harry czerwoną koszulę w granatowo białą kratę. Christopher dostanie zegarek z wygrawerowanym napisem. Uznałam, że cytat Paulo Coelho "Człowiek walczy, by przetrwać, a nie po to, by się poddać" idealnie do niego pasuje.

Zaparkowaliśmy pod domem i z pełnymi siatkami weszliśmy do środka. Od razu podszedł do nas Harry chcąc mi pomóc. Już chciałam podać mu część toreb gdy zatrzymał mnie pisk Sam.
- STOP! Harry, Rose!
- Czemu krzyczysz? - zainteresował się najstarszy z rodzeństwa.
- Oni stoją pod jemiołą! Już, całować mi się! I nie żaden policzek! W usta! - głos piętnastolatki był stanowczy.
Nie mając wyjścia zbliżyłam swoje usta do ust siedemnastolatka i połączyłam je w krótkim pocałunku.



_________________________

Chcę powiedzieć, że gdyby nie wy, ten rozdział nie zostałby dodany. Ciągłym pytaniem mnie, zadręczaniem o rozdział sprawiłyście, że zmotywowałyście mnie do wyskrobania tego bądź co bądź beznadziejnego czegoś. 

Chcę też powiedzieć, że zaangażowałam w ten rozdział pół listy kontaktów z GG przy wyborze prezentu dla Chrisa i wyborze cytatu. Mam nadzieje, że następny rozdział pojawi się szybciej niż ten. 

PRZEPRASZAM ZA BŁĘDY!

czwartek, 24 lipca 2014

Rozdział 14


- Do Anglii?!
- Tak, święta spędzisz ze mną i moją rodziną. 
- Nie, nie ma mowy - zaprzeczyłam szybko chodząc w ta i z powrotem po sali - wrócę do domu.
- I spędzisz święta sama, w pustym domu? Nie pozwolę na to.
- Niby dlaczego? 
- Bo nikt nie powinien spędzać świąt samotnie - wyjaśnił spokojnie, łapiąc mnie za ramiona abym w końcu przestała chodzić i unikać jego wzroku - to oznaka tego, że jest się niekochanym. A ciebie kocha niejedna osoba. Alison, Matt, Lucas, Lena i twoi rodzice. Jesteś im potrzebna, szczególnie Alison. - dużo bardziej chciałabym usłyszeć, że to jemu na mnie zależny.
- Nie pojadę z tobą! 
- Pojedziesz, proszę cię, nie rób z tego afery.
- Jak to będzie wyglądać? Jestem twoją uczennicą! Uczennic nie zabiera się do domu na święta. 
- Może i nie zabiera. Może i łamie swoje własne zasady ale ja - zawiesił się nagle - po prostu jestem za ciebie odpowiedzialny i nie dopuszczę do tego, żebyś święta spędzała samotnie. A teraz rozgrzewka i kolejna porcja gimnastyki. 

Niepokoiły mnie jednak wydarzenia z kolejnego dnia. Kiedy weszłam na salę zastałam Chrisa rozmawiającego z jakimś ważniakiem w garniturze. Kiedy mnie zobaczyli zamilkli. Mężczyzna wręczył nauczycielowi jakąś kopertę i wyszedł bez słowa. Kiedy chciałam zapytać Millera o co chodziło, zbył mnie i kazał zacząć rozgrzewkę. Zabolało. Po tym jak powiedziałam mu o bracie a on opowiedział o wyspie, myślałam, że mówimy sobie o wszystkim. On jednak nie chciał poruszyć tego tematu. Udawał, że nic się nie stało. Starał się zachowywać się, tak jakby to się nie wydarzyło. I może ktoś inny by w to uwierzył. Ale ja nie. Widziałam w jego oczach, że coś jest nie tak.
Potem zawody, po których powtarzał mi,  że nie mógł wymarzyć sobie lepszej uczennicy. A na koniec ten bal i sytuacja z pokoju. Następnego dnia chciałam pogadać o tym z instruktorem, szczególnie ze względu na Lucka który chodził cały spięty i trzymał się ode mnie w bezpiecznej odległości ale on tylko powiedział, że to nie jego sprawa i nie chce o tym słuchać. Nie miałam innego wyboru, więc siedziałam cicho. Teraz miałam większe zmartwienie. Przez ten ostatni tydzień próbowałam przekonać Millera, że powinnam pojechać do własnego rodzinnego domu i tam spędzić święta jednak to była kolejna  rzecz o której nie chciał słuchać.
Tak więc o to jestem tu, w samolocie i lecę do Anglii na spotkanie z rodziną faceta którego kocham a z którym nie powinno mnie nic łączyć.A mówi się, że życie nastolatki to sielanka.
Godzinę temu wystartowaliśmy. Chris czytał jakieś gazety motoryzacyjne (zaczynałam podejrzewać, że ma na tym punkcie bzika, szczególnie biorąc pod uwagę jakiego samochodu jest właścicielem) a ja siedziałam odwrócona w stronę okna i podziwiałam widoki. Od mojego towarzysza biło ciepło i spokój. Był doskonale opanowany, zrelaksowany. Tak jakby w ogóle nie przejmował się tym, że poznam jego rodzinę. A może to ja szukałam dziury w całym?
- Nie boisz się postawić dyrektorce i nauczycielom, zwyzywać ich od najgorszych a obleciał cię strach na spotkanie z moją rodziną? - głos mojego kompana przesiąknięty był ironią, jednak znów trafił w sedno
- Już ci kiedyś mówiłam, że nie pasuję do takiego obrazka - powiedziałam odwracając się w jego stronę
- Jakiego?
- Szczęśliwej, kochającej się rodziny spędzającej wspólnie święta i cieszącej się swoją obecnością.
- Ty naprawdę myślisz, że tak wyglądają prawdziwe święta? - popatrzył na mnie rozbawiony ale coś w wyrazie mojej twarzy sprawiło, że raptownie przestał się śmiać - Boże, ty na prawdę tak myślisz. Skąd ci to przyszło do głowy?
- Widziałam w telewizji - Miller nie potrafił opanować kolejnego ataku śmiechu - Ja nie żartuje. Nigdy nie miałam prawdziwych świąt. Jeszcze kiedy Jack... jeszcze przed atakiem 11 września każde święta spędzałam z Jackiem bo rodzice nie mieli dla nas czasu. Siadaliśmy wtedy przed telewizorem i zajadaliśmy się tym co Lena ugotowała nam przed wjazdem. Nie było żadnej magii czekania na pierwszą gwiazdkę, rodzinnej kolacji przepełnionej miłością. Potem... Lena specjalnie dla mnie zostawała w USA, często przylatywały jej dzieci i mąż, jedliśmy wtedy kolację w jadalni, ten jeden raz w roku to pomieszczenie nie było martwe, potem ja szłam do pokoju mojego brata i spędzałam tam kolejne godziny słuchając radosnych głosów z dołu. Nie potrafiłam wstać z łóżka i do nich dołączyć. Nie potrafiłam być szczęśliwa
- Nie, nie potrafiłaś - przerwał mi - ty się tego bałaś i nadal boisz.
- Może i tak. Ale skoro nie potrafiłam być szczęśliwa, czy bałam się tego szczęścia, jak tam wolisz, przy bliskich mi ludziach, bo Lena jest dla mnie niemalże rodziną to jak mam być szczęśliwa wśród obcych mi ludzi?
- Znasz mnie, ich też poznasz. Harry jest w twoim wieku a Samantha i Suzanna są o dwa lata młodsze. Na pewno cię polubią, tylko proszę - jego głos stał się nagle poważny, pierwszy raz tego dnia - nie demoralizuj mi ich
- Zrobię co w mojej mocy - słowa opływały ironią - A twoi rodzice? Boże, ja jestem twoją uczennicą!
- Może i tak ale teraz jesteśmy tylko przyjaciółmi. Nie nauczycielem i uczennicą. Mamy wolne, są święta i jesteśmy na innym kontynencie, z dala od szkoły. Obiecuję, że ani przez chwilę nie poczujesz się nieszczęśliwa, niepotrzebna. Sama zobaczysz a na koniec mi jeszcze podziękujesz.
- Na pewno - mruknęłam bez przekonania. - Chris?
- Tak?
- Czy powiesz mi o co chodziło z tym gościem i listem?
- Tak ale jeszcze nie teraz. Sam muszę się z tym oswoić ok?
- Tak

Mężczyzna opowiedział mi co nie co o swojej rodzinie. Jego ojczym jest z zawodu kucharzem a prywatnie niespełnionym muzykiem. Zaskakujące połączenie. Jego mama uczy w szkole średniej, o zgrozo, matematyki. Bliźniaczki, chodź z wyglądu niemalże nie do rozróżnienia, diametralnie różnią się charakterami. Sam to typowy naukowiec. Kocha przedmioty ścisłe, jest nieśmiała. Su za to jest przebojową humanistką. No i na koniec Harry. Typowy nastolatek mający bzika na punkcje piłki nożnej.
- Uważaj na niego. Uwielbia podrywać dziewczyny. A ty na pewno jesteś w jego typie. - ostrzegł mnie
- Dlaczego myślisz, że jestem w jego typie?
- Po prostu mi zaufaj.

Zabraliśmy ze strzeżonego parkingu przy lotnisku samochód mojego towarzysza i ruszyliśmy w drogę do jego rodzinnego domu.Mieliśmy do pokonania pół Londynu aby dotrzeć do gminy Bromley. Już kilka razy byłam w tym mieście więc nie chciało mi się podziwiać architektury tego miasta. Zaczęłam za poszukiwać w radiu jakiejś stacji godnej uwagi. Cisza w samochodzie robiła się coraz bardziej ciążąca a ja coraz bardziej zestresowana. Nie stresowałam się tak przy zdawaniu prawa jazdy! Przed wyjazdem Alison powiedziała mi, że panikuję jak dziewczyna która ma poznać rodzinę swojego chłopaka. Z tym że, niestety, Christopher Miller nie jest moim chłopakiem.

Po kilkunastu minutach zatrzymaliśmy się przed jednym z domów. Na podwórku jakiś brunet, przypuszczałam że Harry, odśnieżał podjazd. Gdy usłyszał warkot silnika odwrócił się w naszą stronę a na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Chwilę potem obaj panowie znaleźli się w prawdziwym, męskim uścisku. Biła od nich więź.
- Harry to Rose, Rose - Harry - pierwszą prezentacje mam już za sobą.
Chłopak uścisną moją dłoń witając się ze mną. Posłał też szeroki uśmiech który był niemalże identyczny co u jego starszego brata. Poza tym w jego twarzy można było dostrzec przebłyski Chrisa ale zakładałam, że ten odziedziczył więcej cech po swoim ojcu niż matce.
Zabraliśmy nasze torby i ruszyliśmy do ich rodzinnego domu. W drzwiach czekała na nas już kobieta w średnim wieku. Najpierw wyściskała swojego pierworodnego a potem, nie czekając na prezentacje wzięła w objęcia moją osobę. Zesztywniałam. Nie do tego przywykłam i nie dna to się nastawiłam.
- Miło cię w końcu poznać Rose. Wiele o tobie słyszeliśmy. Jestem Elizabeth i proszę cię, mówi mi po imieniu. Teraz wchodźcie. Na pewno jesteście głodni i zmęczeni. Obiad już jest gotowy. - kobieta cały czas mówiła. Byłam zdziwiona jej zachowaniem, tą otwartością. Spojrzałam na nauczyciela i zobaczyłam, że szeroko się uśmiecha.
- Witaj w domu - powiedział bezgłośnie 


______________________
Znów krótko... PRZEPRASZAM!....Może zawiesić tego bloga w cholerę?
I zaczynamy święta, jak myślicie, co tu się wydarzy? Coś znaczącego będzie miało tu miejsce czy nie? Czekam na komentarze!


10 komentarzy = NOWY ROZDZIAŁ*
 
*  prawdopodobnie przez najbliższe dwa tygodnie nie wrócę jeszcze do domu więc okres oczekiwania może się przedłużyć bo na wyjeździe nie mam ciągłego dostępu do laptopa

poniedziałek, 14 lipca 2014

Informacja

Wiem, że jest już umówione 10 komentarzy ale zaskoczył mnie niespodziewany wyjazd. Na 100% będę miała tam dostęp do internetu jednak nie wiem jak często więc musicie być cierpliwi w oczekiwaniu na nowy rozdział. Jednakże przyrzekam że biorę długopis, zeszyt i będę pisała w zeszycie następne rozdziały, może taka odmiana dobrze mi zrobi? Trzymajcie kciuki i proszę, bądźcie cierpliwi!

wtorek, 8 lipca 2014

Rozdział 13

- Pospieszcie się! - Matt był coraz bardziej zirytowany tym czekaniem. Nie należał do osób cierpliwych.
- Jeszcze chwila! - Alison niemalże odwarknęła swojemu chłopakowi.
Byłyśmy zamknięte w naszej łazience i szykowałyśmy się na bal. Ja byłam już gotowa, przyjaciółka nanosiła ostatnie poprawki w swoim wyglądzie. Ona postawiła na rozpuszczone, pokręcone włosy, delikatny makijaż i beżową sukienkę na ramiączka. Ja za to spięłam włosy w koka, zrobiłam mocny makijaż i założyłam czarną sukienkę bez ramiączek. Impreza była w szkole więc nie musiałam martwić się, że zmarznę. Wyszłyśmy z łazienki i niemalże roześmiałam się na widok rozmarzonej mimy Edwardsa.
- Chyba plany ulegną zmianie - usłyszałam za sobą szept Luck'a
Planowaliśmy pokazać się nauczycielom na balu a potem po jakimś czasie zmyć się do jednego z naszych pokoi i urządzić własną imprezkę. Ale mój przyjaciel miał rację. Skończy się na tym, że tą noc spędzę sama z Luck'iem.
- Dobra, idziemy! - powiedziałam otwierając drzwi i wskakując Adamsowi na barana. Korytarze były pełne uczniów kierujących się w stronę sali gimnastycznej - Czterech nauczycieli na korytarzach ale wejście awaryjne nie obstawione - szepnęłam na ucho swojemu towarzyszowi gdy weszliśmy do zatłoczonej sali.
W środku panował mrok. Z sufitów sączyły się kolorowe światła. Trzeba przyznać, że się postarali. Stanęłam na własnych nogach i chwyciwszy za rękę przyjaciela skierowałam się na środek parkietu. Leciała wolna piosenka więc oparłam głowę na jego umięśnionym ramieniu i kołysałam się w rytm melodii. Koło nas tańczyła Alison i Matt, co chwila wymieniający się śliną.
- Nie spieprz tego - szepnął cicho do mojego ucha tak abym usłyszała go w tym hałasie.
- Czego? - spytałam nie odrywając głowy od jego ramienia
- Mówię o tobie i Chrisie. Nie spierz tego co jest między wami, pilnuj swojego ciętego języka na tym wyjeździe świątecznym. Wiem, że on jest do tego przyzwyczajony ale każdy maj jakąś skalę tolerancji.
- Między nami nic nie ma
- A ja jestem prawiczkiem
- Alison ci nagadała, prawda? - spytałam już wściekła, wystarczy, że gada mi każdego dnia jaką to stanowilibyśmy wspaniałą parę.
- Nie musiała - był rozbawiony ale nie w ten sam sposób co zawsze. To było coś rzadko spotykanego w jego zachowaniu.
- To skąd....
- Odkąd tu weszliśmy nie spuszcza z nas wzroku - powiedział zerkając w jakiś punkt za moimi plecami.
Chciałam odwrócić się w tamta stronę ale chłopak mi na to nie pozwolił. Przetańczyliśmy kilka następnych piosenek. Gdy byliśmy przy stole z przekąskami odnaleźli nas zakochani i oznajmili, że plany uległy zmianie i oni idą do pokoju chłopaków sami. Luck wyszczerzył się w moją stronę i poradził im jak mają przemknąć się pod czujnym okiem nauczycieli. Sami pogadaliśmy jeszcze ze znajomymi z naszego wydziału. Emocje po zawodach które odbyły się trzy dni temu jeszcze nie opadły.
- Chodźmy już. Mam dość słuchania tej paplaniny
- No dobra. Ale nie wiem dlaczego jesteś tak do tego nastawiona. To przez to, że nie udało ci się pokonać Jacka? Proszę cię, gdybyś miała więcej czasu to byś go pokonała. Poza tym to była jego pierwsza konkurencja i nie był zmęczony a ty wcześniej wygrałaś biegi.
- Wiem! To nie dlatego.
- Myślisz o swoim instruktorze! - przyciszył głos bo byliśmy już na korytarzu.
Nauczycielka angielskiego, pani McNally, drzemała na krześle. Już dawno powinna znaleźć się na emeryturze ale ona twierdziła, że będzie tu pracować dopóki żyje. Czyli zdaniem większości uczniów już nie długo. Przeszliśmy koło niej i udaliśmy się na nieużywaną klatkę schodową, przeznaczoną do ewakuacji. Weszliśmy na odpowiednie piętro i skierowaliśmy się do mojego pokoju. Tam od razu zdjęłam z siebie sukienkę i szpilki których założenie wymusiła na mnie Alison. W samej bieliźnie, bez żadnego skrępowania, położyłam się koło przyjaciela.
- Chodzi o święta. Ostatnie święta które spędziłam z kochającą się rodziną były jakieś 9 lat temu kiedy to do Stanów przyleciała rodzina mojej gosposi i wspólnie spędziliśmy święta. Poza tym nie znam ich, oni nie znają mnie. A jak już mnie poznają to z pewnością nie polubią.
- Daj spokój. Przecież masz przyjaciół, to znaczy, że można cię polubić. Poza tym to rodzina Chrisa a on cię LUBI.
- Tak mnie lubi, że dzisiaj rano znowu dowalił mi gimnastykę. Nie mogę wykonać pełnego obrotu ramion.
- To dlatego na wspólnym treningu nie rywalizowałaś z innymi tylko robiłaś wszystko na odczep.
- Chcesz się zamienić?
- Nie. Boję się, że nie wytrzymałbym jednego treningu z Millerem. Co powiesz na masaż?
- W ramach kary za przegrany zakład?
- Dokładnie
- Dobra, ale to musi być taki prawdziwy masaż.
Położyłam się na brzuchu a Luck usiadł w dole moich pleców co skomentowałam głośnym jękiem, bo nie był za lekki i zaczął swój masaż.
- Rose?
- Hmm?
- Kojarzysz tą Emmę z wydziału medycznego? - spytał niepewnie
- Ta drobna blondynka?
- Dokładnie
- Co z nią?
- Pierwszy raz nie wiem jak zagadać do dziewczyny - powiedział niemalże niedosłyszalnie
- No, no przyjacielu, nie poznaję cię. Co się stało z tym łamaczem damskich serc?
- A co się stało z tą wredną, nieczułą zołzą? Chyba oboje znamy odpowiedzi na te pytania. Zakochaliśmy się. Pierwszy raz naprawdę się zakochaliśmy.
- Nie pieprz głupot tylko masuj. Poza tym z tego co wiem to Emma jest wolna i czeka aż skradniesz jej serce. Moja sprawa jest beznadziejna a twojemu problemowi jakoś zaradzimy. Od jutra zaczynamy akcję o kryptonimie "RÓŻA".
- "Róża"? Zresztą nie ważne.W tym roku skończysz szkołę i droga wolna, nikt nie zabroni ci się umawiać z twoim BYŁYM nauczycielem.
- Dzieli nas osiem lat różnicy. To nigdy nie wypali. Poza tym To jednostronne uczucie.- mruknęłam rozkoszując się przyjemnym bólem rozchodzącym się po moich zmęczonych mięśniach. - Tu, tak, w tym miejscu tylko mógłbyś mocniej? - rozległo się pukanie a chwilę potem, ktoś, nie czekając na odpowiedź otworzył drzwi. Luck odwrócił się w stronę gościa ale ja nie zmieniłam pozycja.
- Profesor Miller - głos mojego przyjaciela zadrżał jakby został nakryty na morderstwie.

 Okazało się, ze Chris dostrzegł naszą nieobecność i przyszedł sprawdzić co ją wywołało. Następnie napomknął o łamaniu regulaminu przez naszą dwójkę i powiedział, że jeśli nie chcemy być na balu to powinniśmy spędzić ten czas w pokoju wspólnym, po czym wyszedł.
- Co w was wstąpiło? - spytałam zdziwiona zakładając jeansy i beżowy sweter.
- Ty się pytasz co?! - chłopak cały czas był wstrząśnięty - Wiesz jak to musiało wyglądać? Ty w samej bieliźnie leżysz na łóżku a ja siedzący na tobie
- Przecież ciebie nigdy nie obchodzi to co myślą nauczyciele. I od kiedy ty nazywasz ich "profesorami"? Nigdy nie przejmowałeś się odpowiednimi zwrotami grzecznościowymi.
- Ale to był Chris - mruknął zamykając drzwi - widziałaś jak się zachowywał? On jest zazdrosny o ciebie. Sama mówiłaś, że wie o naszym "związku". Mówię ci, że on myśli, że do siebie wróciliśmy. A ja nie chce żeby tak myślał.
- Pogadam z nim na jutrzejszym treningu. Szczęśliwy?

Przez resztę wieczoru nie poruszyliśmy już tego tematu. Siedzieliśmy i oglądaliśmy jakieś horrory śmiejąc się co chwila. Jednak w mojej głowie cały czas pobrzmiewały słowa przyjaciela. Jakie są szanse, że Chris jest o mnie zazdrosny? Że czuje do mnie to samo co ja do niego? Czy mielibyśmy jakieś szanse razem? I co ze świętami? Jak to będzie wyglądać? W końcu nie muszą mnie akceptować. I jak to będzie spędzić z nimi tyle czasu? Co prawda spędzam z Chrisem wiele czasu w szkole na treningach ale to zupełnie co innego. I wciąż wracałam myślami do sytuacji z windy. Nie mogłam zapomnieć o sposobie w jak mnie całował. W jaki jego usta dotykały moich. Jego ręce obejmujące moją twarz. To ciepło bijące od jego osoby. Marzyłam o powtórce z tamtego dnia. O tym aby był przy mnie już zawsze. Ale to nie było możliwe. Ja skończę szkołę. On może dostać jakieś zadanie, bądź zostanie w szkole na kolejny rok nauki. Każdy z nas pójdzie w inną stronę i prawdopodobnie nigdy się nie spotkamy. Pytanie brzmi co jeśli to był ON? Ten jeden, jedyny? Pierwsza, prawdziwa miłość i już nigdy nie poznam kogoś takiego? Nigdy nie wierzyłam w taką miłość. Nie wierzyłam w opowieści brata o dwóch połówkach które w końcu się spotykają i od początku wiedzą "TO ON", "TO ONA". A jeśli miał racje? Jeśli Chris jest tą osobą? W końcu to dzięki niemu oderwałam się od przeszłości. Stałam się sobą. Czy jeśli nasze drogi się rozejdą, to utracę tą cząstkę siebie którą dopiero co odzyskałam? Czy pozbieram się po kolejnej stracie?




__________________________________
Coraz ciężej mi się pisze i widać to po jakości rozdziału. Muszę szubko to zakończyć. Chcieliście więcej scen z Chrisem i Rose a  ja napisałam cały rozdział o Lucku i Rose. Jednak jest tu coś co jest zapowiedzią dalszych wydarzeń. 

10 komentarzy = NOWY ROZDZIAŁ 

niedziela, 22 czerwca 2014

Rozdział 12

- Tak myślałem, że cię tu znajdę - Chris wszedł na salę niemalże bezszelestnie - za dziesięć minut rozpoczną się testy psychologiczne a ty masz nazwisko zaczynające się na literę "C"
- Jakbym nie wiedziała - powiedziałam przełykając kolejne winogrono - po jaką cholerę mam brać w tym udział jak jeszcze kilka miesięcy wcześniej chodziłam regularnie na spotkania z tym samym psychologiem?
- Takie są przepisy - powiedział siadając koło mnie. Gdybym miała wybierać, to wolałabym aby położył się koło mnie. Wtedy mogłabym przytulić się do jego umięśnionej klatki piersiowej i chodź raz poczuć się potrzebą i bezpieczną. Rose, ogarnij się - Jeśli mowa o przepisach. Masz dwie opcje
- Czy któraś z nich pozwala mi nie brać udziału w tym idiotycznym przedstawieniu? 
- Nie. Według przepisów możesz zezwolić na to aby twój instruktor prowadzący był obecny podczas rozmowy z psychologiem, co muszę przyznać rzadko się zdarza, bądź w pokoju jesteś sama z osobą przeprowadzającą badanie a instruktor poznaje tylko suchy, okrojony raport bez żadnych szczegółów. Musisz to przemyśleć bo w twoim przypadku może zdarzyć się sytuacja, że Sonia Colins odniesie się do waszych wcześniejszych rozmów i poruszanych w nich problemów. Na razie nie musisz podejmować decyzji.
- OK - ale już wiedziałam jaka ona będzie - Za dwa dni zawody, pięć bal szkolny a za osiem dni zaczynają się święta. Masz dla mnie jakieś rady na zawody?
- Rób to co robisz na treningach ze mną a na pewno wygrasz.
- Biegi mam gwarantowane
- A pod koniec roku, na kolejnych zawodach, jeszcze przed egzaminami końcowymi, będziesz mogła wziąć udział w zawodach z pływania. Już teraz mogę obiecać ci, że w przyszłym półroczu zmniejszę czas jaki poświęcasz na bieganie o połowę
- Jaki basen?
- Nie słyszałaś? - moja mina musiała mówić sama za siebie bo kontynuował - no jasne, czasem zapominam o tym, że jesteś uczennicą... Dyrekcja w czasie ferii zimowych wybuduje krytą pływalnie w podziemiach szkoły. Dlatego zamiast tyle biegać, zaczniesz pływać - uśmiechnął się szeroko
- I to jest dobra myśl - zdecydowanie bardziej lubiłam pływanie od biegania.
- Nie zgodziłaś się na spędzenie świąt z rodziną przyjaciółki? - spytał po chwili ciszy
- Już nawet nie proponowała mi tego. Wie jaka będzie odpowiedź.
- Na prawdę masz zamiar spędzić święta w szkole?
- Ja tam nie psuję. Nie pasuję do pełnej, szczęśliwej, kochającej się rodziny. To nie mój świat. Mimo, że mam rodziców, czuję się tak, jakbym była sierotą.
- Nie możesz tak myśleć. Nie ważne co się dzieje między wami, oni są twoimi rodzicami. Może ci tego nie okazują, bo może sami nie doświadczyli tego w dzieciństwie, nie potrafią okazywać ci uczuć. Ale kochają cię.
- Chris...
- Taka jest prawda, nic tego nie zmieni.
- Nie znasz ich. Oni chyba nie są zdolni do miłości. Nawet miedzy sobą jej nie okazują. Czasem się zastanawiam jakim cudem ja i mój brat przyszliśmy na świat. Ale może wtedy było inaczej. Może wtedy praca nie przysłaniała im innych aspektów życia.

Kiedy przyszliśmy na miejsce wszyscy uczniowie wraz z trenerami już tam byli. Chris dołączył do innych nauczycieli a ja wzrokiem szukałam jakiegoś wolnego miejsca. Niestety znalazłam tylko szczerzącego się Lucasa. Podeszłam do niego i bez pytania o pozwolenie usiadłam na jego kolanach.
- Niech zgadnę, jesteś cholernie podekscytowany - powiedziałam na przywitanie
- Jasne, że tak. W końcu będą mi grzebać w mózgu
- A nie pomyślałeś o tym, że kiedy Collins odkryje jak powalony jesteś to wyśle cię do psychiatryka?
- Ja? Psychicznie chory? - spytał udając oburzenie
- Przepraszam bardzo, kto wysadził w powietrze klasę?
- I to niby moja wina? Skąd miałem wiedzieć, że to tak zadziała? To była moja pierwsza lekcja chemii w życiu.
- No właśnie idioto. Kto robi doświadczenia, bez nadzoru nauczyciela, na pierwszej lekcji w życiu?
- Ale ja widziałem to na filmie!
- Boże, z kim ja żyje - mruknęłam chowając głowę w zagłębieniu jego szyi
- Poza tym jeśli ciebie tam nie wysłała to i mnie nie wyśle - odgryzł mi się
- Dobra, teraz tak na serio, bierzesz ze sobą do środka nauczyciela?
- Marka? Teraz to ciebie pogrzało? - powiedział ciszej - może i nie jest zły ale dla bezpieczeństwa wolę wejść sam. Poza tym chyba nikt na to się nie decyduje.

Po jakichś dziesięciu minutach z pomieszczenia wyszła Alice, po niej było kilku kolegów i przyszła kolej na mojego przyjaciela. Podobnie jak pozostali wszedł sam. Siedział tam dobre dwadzieścia minut. Kiedy wyszedł uśmiechnął się do mnie szeroko i zamiast udać się do swojego pokoju podszedł do mnie, wziął na ręce i usiadł na moim, a wcześniej jego miejscu, i posadził mnie na swoich kolanach.
- Czemu nie poszedłeś do pokoju? - spytałam zdziwiona
- Będę wspaniałomyślny i poczekam na ciebie. Poza tym muszę ci się pochwalić.
- Czym takim?
- Sonia powiedziała, że idealnie nadaję się do ochrony.
- Czyli jednak ochrona? - spytałam niemrawo
- Ta.. chyba lepiej się w tym odnajdę. Może kiedyś, w przyszłości zmienię profesję ale zacznę od ochrony.

Kolejne minuty spędziliśmy na rozmawianiu o zbliżających się zawodach i balu. Było oczywiste, że dziewczyny będą rywalizowały na równi z chłopakami, dlatego też nie nastawiałam się na pierwsze miejsce ale nie pogardziłabym drugim albo trzecim. Ale moim głównym celem jest utrzeć nosa Luckowi. Ustaliliśmy też, że na bal pójdziemy razem, skoro żadne z nas obecnie z nikim się nie spotyka. Chwilę potańczymy, pokażemy się nauczycielom a potem zwiniemy się do pokoju i w czwórkę urządzimy sobie kameralną imprezkę z alkoholem.
- Rosalie Carter? - usłyszałam swoje nazwisko wiec wstałam z kolan przyjaciela i ruszyłam w stronę gabinetu. Zatrzymałam się jednak przy nauczycielach
- Panie Miller?
- Tak?
- Wrażam zgodę na pana obecność podczas rozmowy z psychologiem - czułam się bardzo dziwnie zwracając się do niego tam oficjalnie. Chris ruszył za mną do gabinetu a na korytarzu zapanowało poruszenie. Jestem pierwszą osobą która się na to zgodziła.
- Rose, jesteś tego pewna? - spytała mnie Sonia widząc w drzwiach naszą dwójkę.
- Tak
- No dobrze.... Siadajcie w takim razie. Nad rozmową z tobą głowiłam się już od kilku dni, biorąc pod uwagę, że trochę czasu spędziłyśmy w tym gabinecie. Miałam już nawet ułożone pytania w odpowiedniej kolejności ale Lucasa z którym jakiś czas temu przeprowadzałam rozmowę, sprawił że zacznę od innego pytania - co ten kretyn jej nagadał? - Podczas naszej rozmowy Adams powiedział, że byliście kiedyś razem - poczułam na sobie palący wzrok mentora
- Tak, ale dość szybko zerwaliśmy
- On też tak powiedział, jednak kiedy wyszłam na korytarz i zobaczyłam was razem nie byłam pewna czy przypadkiem źle go nie zrozumiałam
- Nie jesteśmy razem. Ten nasz związek to był jeden wielki niewypał. Wiem, że z boku może wyglądać to zupełnie inaczej bo nasze zachowanie jest dość... specyficzne ale prawda jest taka, że nie jesteśmy razem.
- Czy nie odbiło się to na waszej przyjaźni?
- Będziesz drążyć ten temat dalej? - poczułam kopnięcie - będzie PANI drążyć ten temat dalej? - poprawiłam się. - Tak na prawdę w momencie kiedy zaczęliśmy ze sobą chodzić nic się nie zmieniło. Zachowywaliśmy się jak dawniej czyli tak jak zachowujemy się teraz. Dlatego szybko doszliśmy do wniosku że to nie ma sensu. Nasz "związek" trwał chyba niewiele ponad tydzień, może dwa.
- Dlaczego zgodziłaś się na obecność swojego mentora? Nikt inny się na to nie zdecydował.
- Bo nigdy nie robię tego co wszyscy. Lubię być oryginalna. - przyglądała mi się chwilę uważnie po czym odczytała kolejne pytanie. Przecież nie powiem jej, że zgodziłam się na jego obecność dlatego, że zna całą prawdę i że chyba, nawet na pewno, go kocham.
- Czy nadal uważasz, że wybór profesji to nie tylko wyrażenie sprzeciwu rodzicom którzy widzieli cię w roli prawniczki? - na pytanie o rodzicach jęknęłam głośno
- Znowu to samo. Nie, robię to tylko i wyłącznie ze względu na siebie.
- Nie boisz się tej presji, która wiąże się z ochroną?
- Chyba jednak wybiorę pracę w terenie, pod przykrywką, misje specjalne. Jeśli oczywiście dostanę propozycję.
- Co sprawiło, że zmieniłaś zdanie?
- Chyba udało mi się poznać lepiej swoją osobowość.
- Nadal męczą cię koszmary senne?
- Rzadko.

Rozmowa trwała jeszcze dobre dwadzieścia minut. Chris udawał, że wcale go tam nie ma ale wiedziałam, że słucha uważnie i wyciąga tylko sobie znane wnioski. Przy niektórych pytaniach czułam jego wzrok na swojej osobie. Szczególnie przy pytaniu czy zaufałam komuś i powiedziałam całą prawdę o sobie. Na szczęście Sonia nie drążyła tematu po tym jak odpowiedziałam zdawkowe "Tak". Kiedy wyszliśmy z gabinetu Miller powiedział, że widzimy się na treningu i poszedł w przeciwnym do mojego kierunku.
Nasz wydział miał odwołane lekcje w dzisiejszym dniu więc czas który pozostał mi do treningu spędzałam z najlepszym przyjacielem. Szukaliśmy odpowiedniego miejsca na ferie zimowe. Zgodnie z coroczną tradycją całą czwórką jechaliśmy w wybrane wcześniej miejsce. Kiedyś, gdy byliśmy młodsi towarzyszyli nam rodzice ale od trzech lat mieliśmy pozwolenie na samotne wypady. Już wcześniej ustaliliśmy, że w tym roku odwiedzimy Hawaje, teraz zostało wybrać nam wyspę i hotel.

Na trening przyszłam jeszcze przed czasem, co rzadko mi się zdarza. Christopher już ma mnie czekał.
- W tym roku szkoła na święta będzie zamknięta - oznajmił mi, kiedy byłam w trakcie rozgrzewki
- Jak to?!
- Zaczną przygotowania do budowy basenu i ze względu na jakieś tam opary które będą wydobywały się podczas kucia podłogi, w budynku nie mogą znajdować się ani uczniowie ani nauczyciele.
- W święta?!
- Pamiętaj, że ze szkoły dostajecie więcej dni wolnych niż mają ich zwykli ludzie. Chcą zacząć jak najwcześniej aby zdążyć przed początkiem nowego semestru.  Po waszym powrocie z przerwy świątecznej przygotowania powinny być skończone. Cała piwnica będzie zamknięta, prace wstrzymane aż do ferii. Dyrektor Clark wezwała mnie dzisiaj do siebie do gabinetu i powiedziała, że byłaś jedynym uczniem zostającym na święta w szkole. Dlatego powiedziałem, że się tym zajmę
- Niby jak?
- Na święta lecisz ze mną do Anglii

_____________________________
Flaki z olejem itp. dlatego PRZEPRASZAM. Prawda jest taka, że ten i jeszcze na oko jakieś 4-5 rozdziałów będą takie niejakie... Potem mam nadzieję, że was zaskoczę... Jesteśmy w jakiejś połowie opowiadania, może nawet już przekroczyliśmy półmetek, nie wiem ile wyjdzie mi tych rozdziałów... Wiem, że chce zakończyć to opowiadanie jak najszybciej, aby tak was nie męczyć...
Teraz najważniejsze. PRZEPRASZAM ZA TE OPÓŹNIENIA!  musicie jednak zrozumieć, że koniec roku wiązał się z poprawami i nawałem nauki. Teraz będą wakacje i obiecuję, że jeśli tylko będą komentarze i będę miała jakąkolwiek wenę to rozdziały będą się pojawiały raz na tydzień. Może nawet zdążę z epilogiem przed wrześniem? Ostatecznie październikiem? No nic... Nie przedłużam

8 komentarzy = nowy rozdział

wtorek, 6 maja 2014

Rozdział 11

Na trening wbiegam spóźniona jakieś dziesięć minut. Sala jest jakby wymarła. Po chwili dostrzegam Chrisa siedzącego na równoważni do gimnastyki.
- Znowu się spóźniłaś – w jego głosie było słychać rezygnację.
- Tym razem to już nie moja wina. Alison źle się poczuła po kolacji. Musiałam z nią chwile posiedzieć żeby upewnić się, że nie zasłabnie gdy wyjdę z pokoju.
- Ale już wszystko jest w porządku?
- Na razie. Ostatnio ogólnie jej się pogorszyło. Chyba będę musiała zaciągnąć ją do lekarza. A nie lubi ich równie mocno co ja.
- Chyba nikt ich nie lubi. Dobra. Rozciągnij się – powiedział wstając.
- Chcesz dzisiaj ćwiczyć ze mną gimnastykę? To ma być moja kara? – prychnęłam pod nosem.
- Pokażę ci nowe oblicze gimnastyki i nie sądzę, że spodoba ci się tak samo jak to które znałaś do tej chwili
- Czasem jesteś przerażający – powiedziałam prostując się gdyż robiłam właśnie skłony.
- Nic na to nie poradzę – jego usta wygięły się w uśmiechu który sprawiał, że moje serce przyspieszało.
Po dziesięciu minutach rozgrzewki przyszedł czas na prawdziwy trening. Instruktor kazał mi stanąć koło niego przy równoważni która znajdowała się na wysokości moich bioder.
- Poćwiczymy twoją wytrzymałość – wyjaśnił – rób to co ja
Mężczyzna sprawnym ruchem wskoczył na przyrząd i przykucnął. Poczekał aż zrobię to samo. Po chwili, i z mniejszą klasą, znalazłam się na równoważni w odległości około metra od mojego mentora. Wtedy przyszedł czas na kolejną część ćwiczenia i myślę, że o wiele trudniejszą. Dłonie Millera znalazły się po zewnętrznych stronach nóg chociaż i bez podpierania potrafił utrzymać równowagę na cienkiej belce. Szybko powtórzyłam tą samą czynność. Gdy ten upewnił się, że robię dokładnie to co on, przeszedł do kolejnego etapu. Teraz tak po prostu, jakby nie było to niczym trudnym przy jego wielkości przełożył ciężar ciała na ręce a nogi wyprostował przed siebie. Jego mięśnie były napięte ale nawet nie drgnęły. Zachowywał się tak jakby to nie wymagało większego wysiłku. Spróbowałam zrobić to samo co on. Pierwsza próba skończyła się klęską i moim upadkiem na materace którymi, na całe szczęście, była obłożona ziemia wkoło równoważni. Chris widząc to uśmiechnął się triumfująco i zszedł z  przyrządu.  Podniosłam się z podłogi i dumnie ponowiłam próbę. Tym razem odniosłam sukces. No może nie do końca. Moje ciało, w przeciwieństwie do Chrisa, całe drgało. Wyglądało to tak jakbym miała atak padaczki. Wytrzymałam jakieś trzy minuty i po raz kolejny podziwiałam świat z perspektywy karalucha.
- Czego ma to mnie nauczyć? – wysapałam
- W pierwszej kolejności? Wytrzymałości – podał mi rękę i pomógł wstać – w drugiej? Samokontroli, co tobie przyda się znacznie bardziej niż większa wytrzymałość.
- Myślałam, że jestem silna – czułam się jakbym była jedną wielką porażką
- Bo jesteś – zapewnił - ale jesteś tylko i wyłącznie silna. Ja takimi ćwiczeniami będę sprawiał, że twój organizm będzie na granicach wytrzymałości. Musisz łamać swoje granice bólu. Na początku po takich treningach nie będziesz miała siły wstać z łóżka. Dlatego najpierw takie ćwiczenia będą dwa razy w tygodniu. Potem będę zwiększał częstotliwość.
- Żebym czuła się jeszcze gorzej?
- Nie. Z czasem będzie ci coraz łatwiej. Okaże się, że te granice twojej wytrzymałości nie były prawdziwe, że jesteś w stanie wytrzymać więcej. Możesz nazwać mnie sadystą. Wyśmiać, olać i nie przychodzić na te treningi. Ale chce żebyś wiedziała, że czasem nie znajomość sztuk walki a sama siła umysłu aby zapanować nad bólem daje przewagę nad przeciwnikiem.
- Tak to zrobiłeś? – spytałam po kilku minutach ciszy, powtarzając jednocześnie ćwiczenie
- Co? – spytał jakby wyrwany z innego świata. Może właśnie tam był, w innym świecie. Świecie wspomnień
- Przetrwałeś wyspę?
- Tak. Zdecydowanie to ułatwiło sprawę. Jeden z psychologów na wykładach powiedział nam, że kiedy znajdziemy się w takiej sytuacji należy myśleć o sobie którą kochamy. Problem w tym, że ludziom takim jak my ciężko jest znaleźć drugą połówkę. Nasza praca sprawia, że jest to tysiąc razy trudniejsze niż dla przeciętnego człowieka. Ja myślałem o rodzicach, rodzeństwie. To dało mi siłę. Każdy musi mieć osobę która daje mu siłę. Ale wracając do tematu, dobry żołnierz aby wygrać nie może być silny tylko fizycznie ale także psychicznie.  A jeśli o tym mowa, pamiętasz o próbnych egzaminach?
- O próbnym czym?
- O próbnych egzaminach u psychologa. Za dwa dni
- O kurwa – powiedziałam opadając na równoważnie. Siadłam na niej okrakiem i rozpuściłam włosy aby poprawić koka który się rozleciał podczas kolejnych upadków przy wykonywaniu ćwiczenia  - po cholerę w ogóle one?
- Żeby przygotować was do egzaminu końcowego gdzie test psychologiczny też będziecie przechodzić.
- A co jak go nie przejdę? – spytałam spanikowana. Nie bałam się, że nie zdam ćwiczeń praktycznych. Dzięki mojemu mentorowi miałam to zapewnione, ale testy psychologiczne? W ogóle wypadły mi z głowy. Zawsze przyglądałam się jak uczniowie wykonują kolejne ćwiczenia fizyczne ale nigdy nie zwracałam uwagi na część psychologiczną. A co jeśli mój mózg nie pracuje poprawnie? Ba, to jest oczywiste, że nie pracuje normalnie. Ale co jeśli nie pracuje na tyle normalnie aby udało mi się przejść test? Co jeśli przez swoją przeszłość, te psychiczne zadry okażę się niezdolna do wykonywania zawodu?
- Nawet nie waż mi się tak myśleć – powiedział podchodząc do mnie i zaciskając mi ręce na ramionach aby wyrwać mnie z otępienia.
- Ale….
- Hej! Nie ma żadnego „ale” – jego głos był mocny, nieznoszący sprzeciwu. – Jesteś najsilniejszą psychicznie kobietą jaką miałem okazję spotkać. Jeśli ty nie przejdziesz testów psychologicznych jak i fizycznych to nie wiem kto mógłby to osiągnąć. A teraz zrób sobie przerwę od tego ćwiczenia i idź pobiegaj
Zadziwiające było to, że z pośród wszystkich ludzi na świecie to on we mnie wierzy. Ufa. To właśnie on rozumie co się ze mną dzieje. Co dzieje się w mojej głowie. Tylko on tak naprawdę potrafi wyrwać mnie z amoku wspomnień. Sprawia, że czuję się normalna nie szalona. I najdziwniejsze jest to, że przy żadnym z moich długoletnich przyjaciół nie czuję się tak, jak przy nim. A znam go zaledwie od czterech miesięcy.

- Boże, dziewczyno jak ty wyglądasz? – Alison wydała z siebie zduszony pisk kiedy weszłam a raczej dowlekłam się do naszego pokoju.
-  Mogłabyś zadzwonić do chłopaków i kazać im zwinąć z kuchennej zamrażalni kilka worków kostek lodu? I przynieść je do wspólnej łazienki dziewczyn?
- Po co?
- Bo wszystko do cholery mnie boli! Czuję każdy pieprzony mięśnie o którym nawet nie miałam pojęcia, że istnieje.
Dziewczyna bez słowa wyciągnęła telefon i zadzwoniła do swojego chłopaka przekazując instrukcje. Ja w tym czasie zabrałam jakieś ciuchy na przebranie i powolnym, bardzo powolnym, krokiem ruszyłam w stronę łazienek. Praktycznie nikt z nich nie korzystał bo każdy miał w swoim pokoju prysznic, jednak nadchodziły takie chwile jak te, kiedy byłam wdzięczna Bogu za wannę. Kiedy doszłam na miejsce, a Alison za mną niczym cień, chłopaki czekali już pod drzwiami. Każdy z nich miał po cztery worki z kostkami lodu.
- Widzę, że jednak Miller nie odpuścił ci incydentu z lekcji teorii sztuk walki – Luck posłał ci szeroki uśmiech na co pokazałaś mu środkowy palec. Przynajmniej to nie bolało.
- Luck mógł byś chodź raz się zamknąć. Nie widzisz, że nie może się ruszać?  – zaskakujące było to, że te słowa nie wypłynęły z ust mojej przyjaciółki a z ust Matta – Założę się że jutro będzie wyglądać jeszcze lepiej i jeszcze lepiej chodzić! – dodał przybijając z przyjacielem żółwika
- Dobra a teraz tak na serio, co mamy zrobić z tym lodem? – spytał Adams
- Wejdźcie do łazienki i wsypcie to wszystko do wanny, tylko nie zapomnijcie najpierw włożyć korka do odpływu.
- Ale wiesz, że to jest damska łazienka?
- Wiem ile ci to frajdy sprawi a i tak nikt z tych łazienek nie korzysta więc przykro mi, ale na żadną laskę w ręczniku się nie nadziejecie.
- Szkoda – mruknął Edwards za co dostał po głowie od swojej dziewczyny – oczywiście i tak tylko ciebie chciałbym oglądać w ręczniku – dodał szybko
- Tak lepiej – dziewczyna posłała mu promienny uśmiech
Weszliśmy wszyscy do pomieszczenia a męska część naszej paczki napełniła wannę kostkami lodu. Ja sama ściągnęłam dresowe spodnie i bluzkę zostając tylko w sportowym staniku i majtkach.  Matt i Luck często widywali mnie w takim wydaniu więc nie krępowałam się, to nie leżały w mojej naturze. Następnie podeszłam do wanny i ostrożnie weszłam do środka. Było cholernie zimno.
- Nie ściągasz bielizny? – spytała Alison
- Chcesz żeby mi wszystko podmarzało? – moje zęby zgrzytały gdy mówiłam ale od razu poczułam ulgę, moje mięśnie rozluźniły się. Cała trójka stanęła pod ścianą i przyglądała mi się szeroko otwartymi oczami.
- Moje jaja by tego nie zniosły – mruknął Luck
- Ale cymbale ona nie ma jaj!
- Ale ma cycki – wtrąciła się Alison



____________________________________
Zgodnie z umową, tydzień po dodaniu piątego komentarza, w wasze ręce wędruje nowy rozdział
Widzę też, że 5 komentarzy nie stanowi dla was żadnego problemu dlatego co powiecie na 7?
7 komentarzy = więcej motywacji = nowy rozdział
I zgodnie  z umową tydzień po dodaniu przez was 7 komentarza dostaniecie nowy rozdział :)

PS: Przypominam, że kilka komentarzy jednej osoby liczy się jak jeden więc mi tu proszę (tak szczególnie ciebie Paulina się to tyczy) nie oszukiwać! 

PS2: Anonimki, mogłabym prosić abyście się podpisały imieniem? :)

środa, 30 kwietnia 2014

Rozdział 10

Była przerwa. Za chwilę miała odbyć jedna z najnudniejszych lekcji ze znienawidzonym nauczycielem, po prostu BOMBA
- Kiedy w końcu powiesz mu, że go kochasz? - Alison siedziała naprzeciw mnie promiennie się uśmiechając. Może potrafiłam ukryć przed nią prawdę o 11 września, jednak jeśli chodziło o moje sprawy sercowe - czytała ze mnie jak z otwartej księgi. Od razu domyśliła się, że pomiędzy mną a mentorem coś się wydarzyło.
- To nigdy nie będzie miało miejsca - ucięłam twardo.
- Ja wiem swoje, ty wiesz swoje. Zresztą, to wasza sprawa, jednakże osobiście uważa.....
- Rose! - usłyszałam krzyk przyjaciela więc odwróciłam się w tamtą stronę. Zresztą jak wszyscy na korytarzu.
- Czego się drzesz idioto? - spytałam gdy do nas podbiegł. Dyżurująca nauczycielka posłała nam pobłażliwe spojrzenie.
- Miałem właśnie trening. I Paul na koniec, zanim odesłał nas do szatni, ogłosił zapisy na zawody. Oczywiście pozwoliłem sobie zapisać cię na snajperkę, boks i promocyjne bieganie bo chyba poprawiłaś swoją kondycję od kiedy trenujesz z Millerem.
- Śmiesz twierdzić, że wcześniej miałam słabą kondycję? - spytałam groźnie zeskakując z parapetu na którym siedziałam.
- Oczywiście, że nie - uśmiechnął się w swój specyficzny sposób. Zadzwonił dzwonek więc wszyscy skierowaliśmy się w stronę klas. Teoria sztuk walki wzywa! O zgrozo....

- Mam dla was wspaniałą nowinę! - Fred Garry wszedł do klasy kilka minut po dzwonku aby poprowadzić lekcję. Na sam dźwięk jego głosu robiło mi się niedobrze. Ten przedmiot można byłoby poprowadzić tak, że uczniowie umieraliby z niecierpliwości na kolejne zajęcia, on jednak sprawił, że nikt nie chciał na nie przychodzić - zrealizowaliśmy już cały podręcznik przewidziany na ostatnią klasę więc od dzisiaj do końca roku będziemy uczyć się języka migowego i oglądać różne filmy z które będziemy analizować wskazując prawidłowe zachowania jak i popełnione błędy. Chcę przypomnieć wam, jak bardzo ważny jest język migowy w naszej branży. Każdy dobry agent posługuje się nim perfekcyjnie. Wiele razy uratował już życie członkom oddziałów specjalnych czy żołnierzy.
Jęknęłam w duchu opadając na ławkę. To będzie jeszcze większy koszmar niż dotychczas. Ale tylko dla mnie. Inni uczniowie wyraźnie cieszyło to ogłoszenie. Przechyliłam głowę i spojrzałam na mojego kompana. Luck Adams przez chwilę miał skwaszoną minę którą jednak po chwili zmienił na cwany uśmiech i spojrzał w moją stronę.
- Nauczysz mnie tego, prawda? - pytanie brzmiało bardziej jak stwierdzenie lecz można było wyczuć nutkę niepewności - ten stary dziad na pewno spieprzy to jak wszystko inne, a ty.... - nie dokończył patrząc na mnie wymownie. To prawda, już kilku znaków go nauczyłam. Język migowy był bardzo pomocny przy testach.
- Oczywiście, że tak. Co ty byś beze mnie zrobił?
- Wiódł spokojniejsze życie? - powiedział za co oberwał po głowie.

Każdy dzień był cholernie monotonny. Te same lekcje, na treningach grupowych też zawsze to samo. Jedynie mój mentor potrafił wymyślić coś nowego, chodź nie zawsze przyjemnego. Za oknem można było zobaczyć padające płatki śniegu. Za dziesięć dni Boże Narodzenie. Jak co roku odrzuciłam zaproszenia moich przyjaciół do dołączenia do ich rodzin. Wolałam zostać w szkole. Pochodzić po niemalże wymarłej placówce. Na miejscu zostają tylko nauczyciele którzy nie mają rodzin, reszta wraca do domu. Ostatnie moje prawdziwe święta spędziłam razem z moim bratem, rodziców z nami nie było. Potem, po jego niknięciu aż do szkoły średniej, wracałam do domu i świętowałam z Leną i jej rodziną która przylatywała do Stanów tylko dla tego że kobieta nie chciała abym zostawała sama. Potem się zbuntowałam. Zabroniłam jej zostawać, odesłałam do domu na zasłużony urlop a sama zostawałam w Tacomie.

- Rosalie Carter! - Zabrzmiał donośny głos nauczyciela wyrywając mnie z półsnu. Była to druga z rzędu lekcja teorii sztuk walki i jednocześnie języka migowego. Uczyliśmy się go od tygodnia i mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że znam się na tym lepiej niż Fred. - Tak bardzo cię nudzę?!
- Ależ oczywiście, że nie.... Panie profesorze - chodź bardzo się starała to ukryć, i tak czuć było wyraźny sarkazm mojej wypowiedzi. Jego twarz przybrała odcień purpury.
- W tej chwili zabierz swoje rzeczy i idź do pana Millera który ma obecnie zajęcia na sali gimnastycznej z młodszą klasą! - uśmiechnęłam się chytrze do Lucasa i po zabraniu swoich rzeczy opuściłam pomieszczenie. Zastanawiałam się tylko dlaczego też, nie odesłał mnie do dyrektorki. Nie żebym narzekała, lepiej dla mnie, ale to dość dziwne. Szkoła była jakby wymarła. Czasem jednak dało się słyszeć głosy nauczycieli, kiedy przechodziło się koło ich sali. Zbiegłam po schodach na parter i weszłam na salę. Drzwi trzasnęły za moimi plecami i wszyscy jak na zawołanie zwrócili swój wzrok w moją stronę. Posłałam im szeroki uśmiech a kiedy mój wzrok spoczął na Chrisie, stał się trochę ironiczny i bezradnie wzruszyłam ramionami. Zobaczyłam jak wzdycha i kręci z politowaniem głową. Podszedł do drugiego nauczyciela i zamienił z nim parę słów, po czym wskazał mi trybuny i sam ruszył w tamtą stronę. Cała reszta jeszcze chwilę mnie obserwowała po czym wróciła do swoich zajęć.
- Co tym razem? - spytał gdy już siadłam koło niego na plastikowych krzesełkach
- Teoria sztuk walki - mruknęłam
- Przecież Garry miał z wami zacząć język migowy. Sam mu powiedziałem żeby zaczął wcześniej. Myślałem, że to was chodź trochę zachęci do tego przedmiotu, po tym jak on go obrzydził
- Tak, jasne. To jest dobre dla kogoś kto nie ma o tym zielonego pojęcia. Ale ja umiem język migowy lepiej niż on! Błagam cię! Na pierwszej godzinie kazał mi wymigać swoje imię a ja mu wymigałam "Pieprz się" i nie zrozumiał!
- Znasz ten język? - był wyraźnie zdziwiony ale i... pod wrażeniem? Tak, chyba tak.
- Pamiętasz Lenę, prawda? - posłał mi wymowne spojrzenie więc kontynuowałam - Ma córkę. Przez kilka lat mieszkała z nami. Można powiedzieć, że jest dla mnie trochę jak kuzynka. Chodzi o to że ona jest głucha. Właściwie to nie urodziła się taka, ale gdy miała cztery lata, z nieznanych do tej pory przyczyn ogłuchła. Lena ściągnęła ją wtedy do Stanów i zaczęła chodzić po najlepszych lekarzach. Trzeba to przyznać, że rodzice wtedy okazali się dość pomocni i dali jej na to środki. Nie znaleźli przyczyny jej stanu. Dziewczyna nie mając wyjścia musiała nauczyć się z tym żyć. Mój brat chciał ją wesprzeć i zaczął chodzić razem z nią na lekcje języka migowego. A tam gdzie on, tam i ja. Oto cała historia. Tak właściwie, to dlaczego Garry wysłał mnie do ciebie a nie do Clark?
- Nie ma jej. Wyjechała na kilka dni. Wcześniej ogłosiła, że jak coś przeskrobiesz to nauczyciele mają cię odsyłać do mnie. Uważa, że mam na ciebie dobry wpływ.
- Oczywiście. Jaką dostaję karę trenerze? - zapytałam żartobliwe sądząc, że mnie to ominie
- Przekonasz się na treningu - powiedział uśmiechając się chytrze ale i groźnie.


_________________________________
Rozpieprzyłam laptopa, dlatego tyle zeszło mi z rozdziałem....
Dodałam piosenki... podobają się czy są jakieś które was irytują? 
A no i najważniejsze, 
mało komentarzy = mało motywacji 
 może podziałam na was szantażem? 
5 komentarzy = nowy rozdział
i nie liczy się 5 komentarzy od jednej osoby ;D 
Jeśli osiągniecie tą liczbę to w przeciągu tygodnia od momentu dodania 5 komentarza powinien pojawić się nowy rozdział....
Podoba wam się taki układ?

poniedziałek, 31 marca 2014

Rozdział 9

- Wszystkiego najlepszego braciszku - szepnęłam dotykając pomnika upamiętniającego ofiary ataku na WTC - Cały czas zastanawiam się, jak wyglądałoby moje życie gdybyś, tu był. Co teraz bym robiła, gdzie się uczyła. Tęsknie za tobą każdego dnia. Wciąż pamiętam te wszystkie nasze zabawy, twoje próby zespołu, na które mnie zabierałeś, to jak ze mną tańczyłeś, wygłupiałeś się. Pamiętam te chwile, kiedy wracałeś po dłuższej nieobecności. Braliśmy wtedy duży kubek lodów, dwie łyżki, siadaliśmy na kanapie i wcinając słodkość oglądaliśmy horrory. Tak bardzo tęsknie. Często zastanawiam się nad tym, gdzie teraz jesteś. Czy żyjesz? Czy jednak zginąłeś tego dnia. Jeśli tak się stało, to gdzie trafiłeś? Czy niebo istnieje? Bo jeśli istnieje, to na pewno właśnie tam jesteś. A może błąkasz się po tym świecie? W otchłani nicości? Czy czuwasz nade mną? Pilnujesz mnie? Pomagasz? Ile sytuacji z mojego życia wydarzyło się dzięki tobie? Czy to ty postawiłeś na mojej drodze Alison, Matta, Lucasa? ....Chrisa? Czy to ty sprawiłeś, że przeżyłam ten wypadek samochodowy? Czy jeszcze kiedyś cię zobaczę? Tęsknie za tobą braciszku.
Odwróciłam się i zobaczyłam Millera stojącego kilkanaście metrów dalej, opartego o swój samochód, przyglądającego mi się z uwagą. Od naszego pocałunku minęły dwa miesiące. Nie rozmawialiśmy na ten temat. Udawaliśmy, że to w ogóle nie miało miejsca. Jednak nasze relacje się zmieniły. Na lepsze. Teraz miałam kogoś, kto wiedział o 11 września dlaczego nienawidzę rodziców. Dlaczego nie mogę spać po nocach i dlaczego mam taki charakter. Był przy mnie, a właśnie tego teraz potrzebowałam.

- Pakuj się - Christopher wszedł do mojego pokoju kilka minut po tym, jak wpadłam do środka głośno trzaskając drzwiami
- Co? Ta suka wywaliła mnie ze szkoły za trzaśnięcie drzwiami? - spytałam z sarkazmem. Wściekłość jeszcze nie opadła.
- Nie - odpowiedział spokojnie, siadając na krześle przy biurku - jedziemy do Nowego Jorku
- Przecież się nie zgodziła!
- Dyrektorka powiedziała tylko, że nie puści cię bez opieki osoby pełnoletniej
- Bo wiedziała, że rodzice nie przyjadą tylko po to żeby zabrać mnie do Nowego Jorku w jego urodziny. Ba, oni co roku w tym czasie wyjeżdżają na narty w góry. 
- Nie powiedziała, że muszą być to twoi rodzice. Więc po tym jak w ten spektakularny sposób opuściłaś jej gabinet, zaoferowałem, że będę twoim opiekunem podczas tego wyjazdu
- Jaja sobie robisz? - spytałam zdziwiona 
- Nie. Za godzinę przed szkołą - powiedział opuszczając mój pokój. 

- To gdzie teraz? - spytał gdy tylko do niego podeszłam
- Do domu - mruknęłam z wielką niechęcią.

Samochód zaparkował pod dużym domem, który spokojnie można było określić mianem willi. Chris wyłączył silnik ale żadne z nas nie wysiadło. On czekał na mój ruch a ja próbowałam się zmusić aby nacisnąć klamkę a nie kazać mu odjechać z piskiem. Ale pośród tych murów jest jednak osoba której na mnie zależy i która się mną opiekuje.
- Pora stawić czoła demonom przeszłości. - powiedziałam głośno, na co mój mentor posłał mi uśmiech od którego człowiek nie wie jak ma na imię i jak się powinno oddychać - przynajmniej starych nie ma - dodałam ciszej, naciskając klamkę.

Aby wejść do środka użyłam własnych kluczy ale prawda jest taka, że czułam się jak włamywacz. Miller który szedł tuż za mną, postawił w holu nasze torby. Już po chwili słyszałam kroki osoby zmierzającej w naszą stronę.
- Panienka Rose! - Lena wręcz krzyknęła z radości
- Lena - przytuliłam kobietę, gdy tylko znalazła się dostatecznie blisko. Tęskniłam za nią - To Christopher Miller, mój nauczyciel sztuk walki - przedstawiłam go kobiecie - Chris, to nasza gosposia i moja druga mama.
- Ile razy ci mówiłam, żeby do starszych odnosić się z większym szacunkiem - skarciła mnie
- Daj spokój - machnęłam lekceważąco ręką uśmiechając się do kobiety - on się już przyzwyczaił
- Miło mi panią poznać - mężczyzna wykazał się dobrymi manierami
- Mi również. Odświeżcie się a ja nakryję w jadalni - powiedziała kierując się do wcześniej wymienionego pomieszczenia
- Nie musisz nakrywać w jadalni - zatrzymałam ją - zjemy w kuchni - posłałam jej promienny uśmiech.
Co roku, będąc tu na te kilka dni jadłam w kuchni, z daleka omijając martwą jadalnię. Kobieta jeszcze szerzej się uśmiechnęła i poszła przygotowywać posiłek. Ja za to chwyciłam swoją torbę, pomimo protestów mojego towarzysza, i ruszyłam krętymi schodami na górę. Skręciłam w prawo i otworzyłam jedne z drzwi.
- To będzie twój pokój. Czuj się jak u siebie. W łazience na pewno znajdują się czyste ręczniki. Ja mam pokój naprzeciwko. Trafisz sam do kuchni czy spotkamy się przy schodach?
- Trafię - powiedział odkładając torbę na łóżko. Sama wycofałam się, zamykając za sobą drzwi.

Mój pokój w ogóle się nie zmienił. Widać jednak było, że Lena często tu sprząta. Rzuciłam torbę w kąt i poszłam do łazienki. Szybki, ciepły prysznic ukoił zbolałe ciało po dwudniowej podróży. Muszę przyznać, że Chris zaskoczył mnie zgadzając się na to abym zmieniła go za kierownicą na kilka godzin.
Po kilku minutach stałam już przed lustrem i nakładałam na swoje ciało balsam. Była do niemalże konieczna czynność gdyż treningi niszczą moją skórę. Mokre włosy związałam w warkocza i ubrałam się w świeże ciuchy. Gotowa zbiegłam na dół, na chwilę zatrzymując się przy drzwiach sąsiadujących z moim pokojem. Okazało się, że przyszłam jako pierwsza. Zajęłam miejsce przy kuchennej wyspie i obserwowałam poczynania Leny.
- W co znowu się wpakowałaś, że puścili cię pod nadzorem? - spytała mnie po chwili ciszy
- Od września jestem grzeczna - posłałam jej niewinny uśmiech. Będąc z nią często się uśmiechałam, tak jak przy Chrisie
- Dobrze, że mi przypomniałaś! - zagrzmiała - wiesz jak się przestraszyłam kiedy zadzwonili ze szkoły i powiedzieli, że miałaś wypadek i leżysz w szpitalu?! Masz szczęście, że nic ci nie jest, inaczej miałabyś do czynienia ze mną!
- Już dobrze, dobrze nie gorączkuj się tak bo ci ciśnienie skoczy
- Ty się już nie martw o moje ciśnienie. Chociaż nie, bo to właśnie ty wpakujesz mnie do grobu - powiedziała już całkowicie żartując

Po chwili dołączył do nas Chris i wspólnie zjedliśmy kolację. Nie obyło się bez wywiadu, podczas którego Lena wypytywała mnie i mojego mentora o wszystko co się dało. Poruszyła również temat Świąt Bożego Narodzenia. Gosposia upewniła się, że nie planuje przyjeżdżać do domu na ten okres, bo inaczej musiałaby ugotować mi jakieś zapasy. Rodzice do Nowego Roku siedzą w górach, Lena leci do rodziny w rodzinne strony więc po co miałabym siedzieć w pustym domu?

- Widziałem cie dzisiaj w tym pokoju na końcu korytarza. Należał do twojego brata? - to pytanie brzmiało bardziej jak stwierdzenie faktu. Siedzieliśmy właśnie na masce samochodu i zajadaliśmy hod-dogi. Siedem godzin temu wyjechaliśmy z Nowego Jorku i to był nasz pierwszy postój. Podczas podróży były momenty kiedy nie mogliśmy przestać rozmawiać albo też kiedy długi czas milczeliśmy, jednak ta panująca cisza nie była ani niezręczna ani uciążliwa. Była kojąca. Czułam się tak, jakbym znała go bardzo długo a nie cztery miesiące.
- Tak. Nie pozwoliłam ruszyć rodzicom tego pokoju. Kiedy kilka dni po ataku chcieli wyrzucić jego rzeczy wpadłam w prawdziwy szał. Krzyczałam i płakałam błagając aby nic tam nie zmieniali. W końcu ulegli. Ale chyba nigdy więcej nie weszli do tego pokoju. Wiem, że oni też w jakiś sposób odczuli jego stratę. W końcu był ich pierworodnym. Dzieckiem które chcieli, o którym marzyli. Ja w przeciwieństwie do niego byłam niechcianą wpadką, dodatkowo nie ulegającą ich wpływowi. Jaka jest twoja rodzina? - chciałam zmienić temat i jednocześnie dowiedzieć się czegoś o nim. Po mimo wielu rozmów, niewiele wiedziałam o jego rodzinie.
- Wychowywała mnie mama z ojczymem. Mam dwie siostry - bliźniaczki i brata który jest w twoim wieku. Cała trójka jest z drugiego małżeństwa.
- A co z twoim ojcem? - nie wiedziałam czy mogę poruszyć ten temat ale uznałam, że jeśli nie będzie chciał to mi najzwyczajniej w świecie nic nie powie.
- Był żołnierzem. Zginął w jednej misji kiedy miałem trzy lata. Od lat ojcem jest dla mnie Oliver.
- To dzięki ojcu znalazłeś się w szkole na takim profilu?
- Tak. Chyba tak - uśmiechnął się - Po części na pewno tak ale myślę, że nawet gdyby on nie był w wojsku i tak bym robił to co robię. To część mnie. Mój mentor ze szkoły powiedział mi kiedyś, że ludzie tacy jak ja, jak my, mają to w żyłach. Że nie potrafimy się temu sprzeciwić. Że to część naszego DNA.
- Nie odstraszyły cię te lata spędzone na wyspie? Nie chciałeś się wycofać? Zostać zwykłym facetem szlajającym się po klubach i podrywającym napotkane laski?
- Lata na wyspie sprawiły, że zobaczyłem jeszcze większy sens w tym co robię. Zobaczyłem prawdziwy, realny świat a nie to co pokazywali mi w szkole. Pokazały mi, dlaczego powinienem walczyć.
- Na pewno umierasz z nudów będąc w szkole i ucząc.
- Możesz mi nie wierzyć ale nie nudzę się. W końcu wyciąganie ciebie z kłopotów to bardzo pracochłonne zajęcie - uśmiechnął się wrednie na co uderzyłam go w ramię i szybko zeskakując z maski, wsiadłam do samochodu irracjonalnie zadowolona z faktu, że czeka nas jeszcze blisko 41 godzin jazdy .


____________________________
Jest kolejny rozdział...
Oczywiście zwlekałam do ostatniej chwili ale tym razem ze względu na zwiastun który trzeba było jeszcze dopracować....
W mojej głowie (i zwiastun i rozdział) wyglądał zupełnie inaczej, lepiej....
Jak widzicie jest nowy szablon... Jak wam się podoba? Tym razem wszystko jest widoczne?
Zakładka "Bohaterowie" nosi teraz nazwę "Walczą" i pojawiły tam się gify zamiast zdjęć. Zmieniłam również aktorkę która wciela się w rolę Rose...
Mam też pytanie czy nie chcielibyście abym ustawiła jakąś piosenkę (albo kilka) przewodnią na blogu?